Stąd do absolutu i z powrotem. Wielki bieg Terlikowskiego

Doktor filozofii, spiritus movens wielu twardokatolickich inicjatyw medialnych, Tomasz Terlikowski rozmawiał z Grzegorzem Sroczyńskim z Wyborczej („Polska ustami Boga” Duży Format, 14 IV 2011). Cytuję:

TT: Wcale nie chcę! (żyć w państwie katolickim – dop. mój). Mnie najbliższa jest recepta, którą przedstawił kardynał Ratzinger: lekarstwem na nihilizm, brak wartości jest to, żeby politycy – wierzący i niewierzący – zaczęli działać tak, jakby Bóg istniał. Jakby prawo i moralność nie były zależne wyłącznie od konsensusu między ludźmi. Musimy mieć fundamentalne wartości, które nie podlegają głosowaniu.

GS: Jednak to w Europie już mamy: Deklaracja praw człowieka, na wskroś chrześcijańska. Nie krzywdź drugiego. Pomagaj.

TT: Ale tam nie ma absolutu.

GS: No i dobrze, bo żyjesz w świecie, w którym jedni wierzą, inni nie.

TT: Źle. Bo żeby rzeczywiście te prawa egzekwować, to trzeba w wymiarze świeckim przyjąć, że jest absolut, gwarant tych wartości.

GS: Ale po co?

TT: Bo bez tego to jest niewiele warte. Dziś możemy się umówić tak, jutro – siak. Umowę zawsze można zmieniać. Przegłosować sobie inne wartości. Świat bez wartości, dla których ludzie są gotowi umrzeć, jest jednocześnie światem bez wartości dla których warto żyć (podkreślenia moje).

To fascynujące, że można tak lobbować na rzecz platońskich niebieskomigdałowych idei. A może nawet nie tyle samych idei, co materialnych do nich odniesień – bo w gruncie rzeczy do tego się sprowadza zapisanie w jakimś dokumencie „odniesienia do absolutu”. Pięknie jest wytykać innym nihilizm, podczas gdy samemu jest się pod pewnym względem nihilistą – bo Terlikowski prawie wcale nie wierzy innym ludziom, nie ma do nich prawie wcale zaufania. Nie wierzy, że ich pomysły i robota (pogardliwie nazwana głosowaniem) ma jakiś sens. Jest to nihilizm ignorowania ludzkiej, przyziemnej rzeczywistości, na rzecz literackich i abstrakcyjnych fantazji.

Panie Tomaszu, ja też wierzę w absolut – niewyczerpany absolut ludzkiej głupoty. I dlatego, w tym zmiennym świecie, gorąco popieram nasz (ludzki) wysiłek dochodzenia do pewnych standardów, bez prób dodawania im splendoru metafizycznymi odwołaniami. Trzymajmy się tego co pewne jest dla wszystkich – skończonej egzystencji i tego, że warto podejmować wyzwania by ograniczać cierpienia ludzi i innych istot. Mi to wystarcza. Proszę mnie nie szantażować śmiercią ani Bogiem politycznym z recepty Ratzingera.

Napominanie o wartościach dla których warto umrzeć to bełkot. Raz, że to rzucanie słów na wiatr, bo nie widać (na szczęście!) żeby się redaktor Frondy do tego rwał. Po drugie – jest to kultywowanie śmierci jako najlepszej rzeczy jaką można zrobić w jakiejś sprawie (kompleks powstańczy się kłania). Po trzecie – rodzi głupią wymówkę dla posyłania ludzi na śmierć – że to za wartości. Nie bardzo wiem, za jakie wartości giną Polacy w Afganistanie i afgańscy cywile. Wiem za to, za jakie wartości giną talibowie. Za podobne (uogólniając, i pewnie nie wszyscy, bo część zwyczajnie broni ojczyzny) co żołnierze Wehrmachtu – za Gott mit Uns, czyli po ludzku „nasze jest lepsze od waszego”. Niestety, panie Tomaszu, o pięknie umierania za wartości z talibami znajdzie pan wspólny język. I po czwarte – jest to granie na emocjach, szantażowanie ostatecznymi wyborami, o których się mało wie a po których nie zostaje wiele prócz trupa i ludzi, którzy z nim zostali i dalej muszą żyć sami. W swojej retoryce Terlikowski zapomniał, że życie też jest wartością (ta sama postawa ujawnia się zwykle przy wspominaniu powstań, np. Warszawskiego – słyszymy mantrę „umarli za Polskę”. A nie mogli spróbować za nią żyć?).

Oczywiście, zdarzają się przypadki, które podchodzą pod określenie „śmierci za wartości” i które trudno kwestionować. Tak umierały niektóre ofiary reżymów (w historii trudnych do zliczenia, w tym Pinocheta- pupilka polskiej twardej prawicy). Samospalenia jako radykalny protest. Etc. Są to jednak przypadki tak skrajnie różne od tego, w jakich warunkach teraz żyjemy, że ustanawianie na ich podstawie jakiejś reguły jest nonsensem. W czasie bezpieczeństwa i pokoju chełpić się tym, że jest się gotowym umrzeć „za wartości” jest tylko populistycznym chwytem retorycznym. Czynów tzw. bohaterskich, radykalnie ryzykujących życiem, dokonywali na ogół ludzie skromni, którzy post factum często nie potrafią za bardzo o tym mówić. Jak się widzi ludzi w płonącym domu, to albo się wbiega by im pomóc albo nie, absolut tutaj nie ma nic do rzeczy, decyzja zapada w ułamku sekundy i nie zależy od światopoglądu czy preferencji politycznych.

Jednak najczęściej gadanie o wartościach w kontekście śmierci jest wspaniałym alibi dyktatorów w ich real-politik. Jest też wysoko energetycznym paliwem dla amokantów ogarniętych pasją niszczenia i zabijania.

TT: Czeski filozof i ksiądz Tomasz Halik zadał mi podobne pytanie: „W czym wy jesteście lepsi od nas – Czechów, ateistów? Nie ma u nas więcej przestępstw, nie pijemy więcej.” Odpowiedziałem: „To wszystko prawda. Ale proszę pomyśleć, co to by było, gdyby Polacy nie byli chrześcijanami. Kogo byście mieli za miedzą! Jeśli nawet przy pomocy łaski bożej jesteśmy tacy słabi, to bez niej bylibyśmy potworami”. Tak uważam. Być może Czesi łaski bożej nie potrzebują, żeby trzymać pion. A Polacy potrzebują. I chciałbym, żeby wiedzieli, że mają skarb. I pokazywali innym jaki to skarb.

Bylibyśmy potworami? Chciałoby się podsumować to odpowiedzią – nie sądź innych według siebie. To kolejny dowód na to, że Tomasz Terlikowski zasadniczo nie wierzy w ludzi. Znaczy w Czechów wierzy, ale chyba tylko dlatego, że mu ksiądz katolicki zadał pytanie pod włos. W Polaków nie wierzy, co oznacza, że dla niego Czesi od Polaków różnią się w sposób fundamentalny. Są inaczej skonstruowani? A może, tak nieśmiało podpowiem – różnica jest kulturowa? A jaki to niby skarb, z którego jest taki pożytek, że jesteśmy tacy sami jak inni (choćby Czesi)? Może to tyle, co guzik z pętelką? Więc co to za odezwa „pokazujcie innym jaki to skarb”? W pokazywaniu celują głównie dorobkiewicze. Jak ktoś jest czegoś pewien, nie musi się z tym obnosić. A może trochę skromności i niech raczej po owocach nas (Polaków) poznają?

Dalej, co z Polakami, którzy nie są chrześcijanami? Są potworami? Ciekawe, czy Czesi odczuwają tę różnicę, i kiedy nas odwiedzają widzą wyraźnie masy chrześcijan ze skarbem łaski bożej a pomiędzy nimi niechrześcijańskie potwory. Ehh, jest to pomysł na niezłe opowiadanie s-f…

Wracając do rzeczywistości:

GS: „Holocaust to pikuś w porównaniu  z masowym mordem na wielką skalę, który trwa obecnie”. To cytat z ciebie.

(…) TT: Pikuś jest niedobre. Zgoda. Wycofuję. Ale porównanie do Holocaustu podtrzymuję. Bo dla mnie jest ważniejsze, żeby te 42 mln (roczna liczba aborcji, którą podaje Terlikowski powołując się na WHO – dop. mój) ludzi żyły, niż żeby ktoś miał dobre samopoczucie. To nie jest spór o to, czy nam się dobrze i kulturalnie rozmawia, tylko o mordowanie ludzi.

GS: (…) Kolejny cytat z ciebie: „Za 80 mln dzieci które zginęły w czasie procedury in vitro, kiedyś odpowiecie” Jak to policzyłeś?

(…) TT: Nie powinno się używać terminu zarodek. (…) „człowiek na zarodkowym etapie rozwoju”.

Podobnie jak powyżej, Terlikowski brzmi dla mnie jak nihilista. Jest dogmatykiem, który nie widzi naszego świata, bo cały czas patrzy w niebo. Uważam zrównywanie ludobójstwa, zabiegów aborcji i zarodków z zabiegu in vitro za nihilizm. Negowanie istotnych różnic (ludobójstwo, aborcja, in vitro) dla uzyskania emocjonalnego, radykalnego efektu jest emocjonalnym szantażem.

GS: (…) Sędzia musi byc niezależny, od biskupa też.

TT: Jest katolikiem, a katolik nie uznaje rozwodów.

GS: Tomek, on tam orzeka świecki rozwód, nie kościelny. Co ma jedno do drugiego?

TT: Nie powinien uczestniczyć w orzekaniu o rozwodzie.

GS: Rozwody powinny być zakazane w Polsce?

TT: Tak.

Nie skomentuję.

GS: Po co tak pisać: „Małżeństwo zrównane ma być z konkubinatem i relacjami homoseksualnymi. A w dalszej perspektywie także z zoofilskim związkiem pana z kozą”. Pokazujesz gejów w kontekście obrzydliwym.

TT: Pokazuję tylko pewien proces. Że zaraz wszystko będzie wolno. Ale nie twierdzę, że te dwie rzeczy są tym samym.

Doktor filozofii podpiera się argumentem z równi pochyłej* i bez zażenowania bawi się w proroka. Cel uświęca środki – to sprawdzona zasada demagogii, tutaj przypadkiem ubranej w katolickie piórka.

* „Błąd równi pochyłej dotyczy takich rozumowań, w których dowodzi się, że uczynienie pierwszego kroku K1 (lub dopuszczenie do stanu rzeczy K1) zaowocuje koniecznością wykonania drugiego kroku K2 (pojawienia się stanu K2), to z kolei zmusi nas do kroku K3 i następnych, prowadzących w końcu
do skutków, które są bez wątpienia nieakceptowalne, nieetyczne, itd.”
Adw. dr Rafał Morek – Sztuka argumentacji

Postscriptum

Postanowiłem dodać jeszcze parę słów do powyższego wpisu, bo opowieści Terlikowskiego są obfitą kopalnią inspiracji. Jakością samą w sobie.

Odnośnie argumentu równi pochyłej, dodam, że jak mało który sposób argumentacji więcej mówi nam o człowieku, który go używa, niż o sytuacji którą miałby opisać. To samo dotyczy oczywiście „widzenia znaków”:

TT: Jak patrzę na naszą historię, to mam wrażenie, że Bóg chciał coś światu przez Polskę powiedzieć. Weźmy Faustynę i jej objawienia. Jest tam fragment, w którym Pan Jezus mówi, że z Polski wyjdzie iskra, która przygotuje świat na powtórne Jego przyjście.

GS: Strasznie megalomańskie.

TT: Bo w to nie wierzysz, więc się mądrzysz. Mam mówić dalej czy cię to nie interesuje?

GS: Interesuje.

TT: Jesteśmy krajem, który może się przyczynić do reewangelizacji Europy. I to jest właśnie nasza misja. Smoleńsk jest pewnym znakiem. Przypomina Polakom, że nie mają tak łatwo: tylko zarabiać, kupować, jeść i spać. Wzorzec wygodnego, fajnego życia nie do końca jest dla nas. Mamy zrobić coś więcej.

Pomińmy to, kto się mądrzy w tej wymianie zdań. Jak ktoś chce widzieć „znaki”, to je znajdzie (powiedz jakie widzisz znaki, a powiem ci kim jesteś). Faustyna, Rozalia Celakówna i Tomasz Terlikowski są skupieni na interpretacji religii wg narodowego klucza (Polska to, Polska tamto), nie tylko więc dopisują własne wątki do nauki Chrystusa (który kompletnie ignorował kwestie narodowe), ale również zdradzają po prostu swoje uwikłanie w Polskie sarmacko-romantyczne kompleksy (my inni od Zachodu i od Wschodu).

Poproszę jeszcze więcej Mickiewicza i Sienkiewicza czytanych na kolanach, jeszcze więcej obrony Jasnej Góry i przechodzenia przez Morze Czerwone.  To nam na pewno wyjdzie na zdrowie. Bóg chciał światu coś przez Polskę powiedzieć – skromniej się nie da! Jest to upierdliwe chlipanie neurotycznego bachorka: „patrzcie wszyscy jak się skaleczyłem w kolano”. Skupienie polo-katolików na rozpamiętywaniu realnych i wyobrażonych (Katyń 2010!) wypadków przybliża ich do szyitów, którzy podobnie mnóstwo energii wkładają w to, by pokazać innym, jak mocno cierpią przez stratę imama Hussaina. Wyobraźnia nie zna granic.

Cała rozmowa Tomasza Terlikowskiego z Grzegorzem Sroczyńskim jest tutaj.

Reinkarnacja, wędrówka mitów

Szczerze mówiąc, nie bardzo interesuje mnie temat reinkarnacji. Podejmuję go głównie dlatego, że spotykam się raz po raz z oczekiwaniem rozmówców, by przytaknąć pop-poglądom o wędrówce dusz – czego robić nie zamierzam.

Wieść gminna niesie: reinkarnacja polega na tym, że dusza (czy świadomość, czy co tam chcecie) Jana Kowalskiego po jego śmierci szuka sobie nowego opakowania i dostaje je wedle swych zasług – zwierzęce (jeśli grzeszył), kiepskie ludzkie (jeśli żył na pół gwizdka) czy sprawne i piękne (jeśli w poprzednich żywotach Jan Kowalski był uczynnym, skromnym i dobrym). Być może taki jest pogląd hinduizmu na tę kwestię, nie sądzę jednak by był do utrzymania w buddyzmie.

Wydaje mi się, że niektórzy ludzie zrobią wszystko by podtrzymać w sobie wiarę, że „nic nie dzieje się przypadkowo” zasadniczo mając ma myśli „nie bez przyczyny jestem piękny i zdolny”. Myślę, że niektórym schlebia fakt, że ich obecne ciało jest tylko przejściowym pojemnikiem na „coś” (dusza?) najbardziej w nich prawdziwego, na ich esencję. I śmierć pozwala tej esencji znaleźć nowe opakowanie. To oczywiście bardzo romantyczne. Pogląd taki pielęgnuje kult własnego istnienia, istnienia w postaci głęboko ukrytego, niewidzialnego pierwiastka „ja”, o które trzeba dbać robiąc dobre uczynki, żeby nie odrodzić się w Darfurze w obozie dla uchodźców.

Wynika to pewnie z ekonomii przyswajania informacji. Prościej jest przytaknąć wędrówce duszy przez cielesne opakowania niż zrozumieć Cztery Pieczęcie Dharmy i Cztery Szlachetne Prawdy, czyli słowa Buddy fundamentalne dla jego nauczania. Buddyzm wyklucza istnienie duszy, czy czegokolwiek podobnego. Trzecia pieczęć dharmy mówi: Wszystkie zjawiska są puste i nie posiadają jaźni „ja”. Jeśli „ja” nie istnieje – co w takim razie miałoby się odradzać?

Ja wstaję, ja jem, ja pracuję, ja kładę się spać. Oto wędrówka duszy (świadomości) przez 24 godziny ziemskiego czasu. Nazwę tutaj taki pogląd na życie zdroworozsądkowym. Niezbyt zdroworozsądkowy jest pogląd buddyjski, który mówi, że życie to ciąg przyczynowo-skutkowy i nie ma nic co by łączyło w nas jeden dzień z kolejnym, poza pamięcią naszych wrażeń z poprzednich dni i tendencjami do takich a nie innych wyborów w przyszłości. Życie jest jak kostki domina – jedna przewracając się popycha następną. Każda kostka jest osobno, łączymy je ze sobą naszą koncepcją „ja”, co jest źródłem mniej lub bardziej dosłownego cierpienia. Słyszałem kiedyś inną metaforę tego poglądu – kule bilardowe. Kula uderzając w inną przekazuje jej część swojej energii o pewnym wektorze, to wszystko. Nie ma sensu dorabiać teorii, że jakaś dusza kuli bilardowej wędruje z jednej bili do drugiej.

Zastanawia mnie też, że na ogół moi rozmówcy odnoszący się do ludowej wersji reinkarnacji mają duży kłopot, żeby zaakceptować koncepcję memów. Wędrówka duszy – brzmi uroczo, ale wędrówka jednostki informacji? Jakoś to mało sympatyczne! Niniejszym dedykuję im ten obrazek – Adolf Hitler reinkarnowany memetycznie w mongolskim stepie (źródło). W taki zaskakujący sposób realizuje się sen o Tysiącletniej Rzeszy.

 

 

 

 

 

 

Nie mam pod ręką przykładu, ale nieraz w literaturze buddyjskiej spotyka się sformułowania w stylu „robiąc to czy tamto, ryzykujesz odrodzenie w ciele małpy lub osła”. Pojawiają się na ogół w dawnych tekstach. Nie ma sensu rozumieć ich dosłownie, są pewnie raczej ukłonem w stronę folklorystycznego kontekstu odbiorców i skrótem metaforycznym niż jakkolwiek wiążącą opinią o rzeczywistości. Na pewno nie bardziej dokładną niż stwierdzenia typu „w sześć dni stworzył świat a siódmego odpoczywał”.

Poza wszystkim, posiadanie koncepcji reinkarnacji jest tak samo praktyczne, jak wiedza na temat nieba i piekła. Ani się na nich nie wyśpisz, ani się nimi nie najesz. Ludzie na ogół wkładają je sobie do butów, wierząc że dzięki temu będą trochę wyżsi.

W Afryce nie sposób się nudzić

Prawdę mówiąc od pierwszej mojej wyprawy do północnej Afryki mam pewną słabość do małych Arabek. „Czarodziejki”… – powiedział o nich Adam rano przy promie, kiedy dziewczynka może dwunastoletnia, z figlarnie opartą na biodrze reką patrzyła na niego z żarem, przed którym nie ma ucieczki.

Ten i inne fragmenty książki Marcina Kydryńskiego skomentowała Katarzyna Barczyk na portalu afryka.org. Kydryński się tłumaczy (źródło – blog nachasz.wordpress.com), potem to tłumaczenie usuwa i publikuje w wersji wygładzonej.

…chłopak, który ją pisał, nie żyje już od dawna. W imieniu tamtego, dwudziestoparoletniego człowieka, którego prawie już dziś nie pamiętam.

Utalentowany i nie pozawiony bynajmniej self-esteem efeb klasy próżniaczej dba o wizerunek. Polecam zatem przed następną podróżą* wynająć firmę PR, która podpowie co robić, czego nie. Żeby nie trzeba było więcej uśmiercać narratora, zasłaniać się niepamięcią. Szkoda tamtego młodego chłopaka – przystojny, męski, dziarski. A dziś nawet najbliżsi nie chcą pamiętać. Dla polskiego dziennikarstwa muzycznego i sztuki konferansjerskiej to niepowetowana strata.

___

*Słowo ująłem kursywą dlatego, że smuci mnie fakt, że za wytrawnych podróżników w Polsce robią Wojciech Cejrowski czy właśnie Kydryński. Obaj mają ego większe niż wrażliwość, jakkolwiek ujęta – a to dla mnie dyskwalifikuje obu jako osoby, których obserwacje są cokolwiek warte. Wręcz powiedziałbym, że nie tyle podróżują, co kolekcjonują wrażenia i skupiają się jeszcze bardziej na sobie. Oczywiście mają prawo mieć odmienne zdanie na ten temat:

Nie chciałbym jednak uchodzić za wszystko wiedzącego w tej kwestii, ponieważ ostatnio doszedłem do wniosku, że należę do ostatniego pokolenia, które potrafi podróżować romantycznie.

Howgh!

Pruderia, przyjemność, pornografia. Na marginesie filmu 9 Songs

Przeglądając filmweb.pl, trafiłem na kilka opinii na temat filmu 9 Songs, cytuję (pisownia oryginalna):

film dno,,muzyka shit i porno akty(blowjob,handjob itp-bez cenzury:)) w częstych scenach erotycznych,,,,tak naprawdę nie wiadomo co reżyser chciał tym filmem pokazać

próba wciśnięcia nam kitu, że to nie jest pornus. JEST, brakuje tylko anala i trójkątów. reszta jest i to całkiem widoczna.

(zwolennicy szariatu mają rację, całkiem widoczna twarz kobiety to już zgorszenie i porno, brakuje tylko pupy i biustu)

wybacz że nie dostrzegłem w tym filmie jak dziwna w dzisiejszym świecie może być miłość, ale to porno mi zasłaniało widok…

(dziwne jest to, że zakochani ludzie uprawiają seks?)

zwykli aktorzy porno, zero emocji

(czyich emocji? komentującego?)

Głosy powyższe brzmią dość radykalnie, w opozycji do bardziej stonowanych, jak ten:

Reżyser pokazał związek dwojga ludzi. Bez wycieczek w dramat. To dokumentacja o zwykłego związku, jakich wiele. Seks , drugs and rock’n’roll. I o to chodzi – o autentyzm. To zwykły film, którego zadaniem było ukazanie związku. Według mnie się udało…

Dlatego postanowiłem go obejrzeć.

Nie żałuję, choć o filmie jako takim dużo napisać nie chcę, nie będzie to recenzja. Michael Winterbottom nie przeciągał nazbyt – obraz trwa 65 minut (parę scen dało by się sciąć). Wątek muzyczny zupełnie nie w moim typie. Całość prosta i bezpretensjonalna. To, co moim zdaniem jest jego fundamentem i naprawdę się broni – to pokazanie relacji i komunikacji pary młodych ludzi. A ta zbudowana i oddana jest naprawdę zgrabnie i sympatycznie. Wspólne sceny w łazience przed lustrem czy w wannie naprawdę mi się podobały. Jeżeli pokazujemy nagich (rozpusta!) partnerów podczas wspólnej (rozpusta!) kąpieli a kobieta zakochana w swoim chłopaku dotyka jego penisa (rozpusta!) i przytula się do niego… to co tu jest nie tak? W innej scenie pieprzą się rano a potem bez specjalnych westchnień i długich wymownych spojrzeń (erotyzm a la polska szkoła filmowa) przechodzą do robienia kawy. No właśnie. Tak wygląda seks. Tak wygląda budowanie relacji i wspólne życie. W związku jest miejsce na namiętność i pożądanie, a to oznacza, że facet ma sztywnego penisa a kobieta ma cipkę. I partnerzy się dotykają, całują, pieszczą i pieprzą. Dlaczego kogoś to boli? Wstydzi się własnego porządania?

Bardzo fajnie pokazana jest uroda bohaterów. Nie jest żurnalowa, na pewno nie są to zwykli aktorzy porno, aktorka grająca główną rolę w branży porno nie ma szans zaistnieć, gra głównie mózgiem a nie ciałem. Ci ludzie cieszą się sobą nawzajem i oprócz seksu (czyli tego co głównie zauważyli w/w krytycy) okazują sobie dużo codziennej, spontanicznej czułości. Seks jako istotny element budowania relacji jest pokazany szczerze. Widać, że towarzyszą mu emocje a relacja nie zawsze jest gładka i cacy. To zdecydowanie odróżnia 9 songs od porno, przynajmniej mainstreamowego. Z komentarzy na filmweb, pytanie: „Jakieś podobne filmy do tego?” – odpowiedź: „redtuba.com tam jest dużo…”. Otóż nie. Na redtube jest mięsne dupczenie, ginekologiczne zbliżenia, a równorzędne relacje partnerskie występują w homeopatycznej dawce. Seks jako penetracja, kobieta jako otwory. Mainstreamowe porno nie zajmuje się emocjami i więzią partnerów, tylko ilością i obfitością wytrysków. Aktorki to laleczki a aktorzy to buhaje. Porno-seks jest równie życiowy, co obraz jelenia na rykowisku. Można to łatwo zrozumieć, choćby odwiedzając polską stronę Seksualność kobiet.

Oczywiście film ma prawo się nie podobać, można go odebrać jako nudny. Zwyczajnie można nie mieć ochoty na oglądanie seksu. Nie jest wiekopomnym dziełem. Znakomicie jednak prowokuje pruderię. Dziwi mnie, że dorośli ludzie, którzy trafili na seans, zamiast spokojnie wyjść (jeśli nie trafili w swój gust i nastrój) – krzyczą, że brakuje tylko anala. Uważam, że mogłaby ten film oglądać młodzież, bo pokazuje związek, w którym jest i szaleństwo i trochę dragów i satysfakcjonujący seks. Jest to pokazane naturalnie i bez teatralnego przerysowania. Ciała bohaterów nie są idealne, scenografia dobrze oddaje pewną przeciętność – film nie ucieka w estetyzację. Nie moralizuje. Nie ma „głębokiej” puenty, co pewnie boli niepoprawnych romantyków. Mi seans w domowym zaciszu o tyle sprawił przyjemność (przyjemność to nie podniecenie, zastrzegam, by być dobrze zrozumianym), że pokazanie wzajemnej intymności, namiętności, radości z robienia sobie dobrze dwojga młodych ludzi uważam za rzecz na swój sposób piękną. Z jednej strony zwyczajną, ale z drugiej – wcale nie taką łatwą do osiągnięcia. Wielu ludzi ma w sferze erotycznej zachamowania, obawy. Bohaterowie ich nie mają. Cieszą się sobą bez lęków i kompleksów – to uważam za główną treść i zaletę tego filmu. Proszę mi pokazać polską produkcję, która radzi sobie z takim tematem równie swobodnie i bez ucieczek w symbolizm (nie oglądam dużo polskiego kina, więc nie wiem).

Przy okazji, sprowokowany wizytą na redtube, postanowiłem poszukać  jakiejś alternatywy dla wulgarnych pornusów. Znalazłem zjawisko o nazwie porno feministyczne (lub po prostu porno dla kobiet), o którym można poczytać np. tu. W Holandii powstał kanał telewizyjny DuskTV, który nadaje nie porno, a porna – czyli odmianę zorientowaną na kobiecą widownię (krótki opis w Wyborczej). Ładną stroną jest Femmerotic. Jeżeli ktoś szuka konkretnych produkcji, może zacząć od The Fifth Annual Good For Her Feminist Porn Awards. Filmy (i książki) na dobrym poziomie robi Erika Lust – zainteresowanym erotyką, cielesnością i feminizmem polecam jej blog. Zbiór filmów na dobrym poziomie, hispanojęzycznych, znaleźć można na blogu Descomposed. Są tutaj filmy nie tylko ero/pornograficzne (m.in. Eriki Lust), ale także ciekawe, krytyczne dokumenty o współczesnym biznesie porno, o seksoholizmie. O męskiej i kobiecej seksualności, o menstruacji, o zjawiskach sadomasochizmu i fetyszyzmu. Czy pracownicy TVP coś kiedyś słyszeli na te tematy? Halo! Jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć trochę ładnej i odważnej golizny na zdjęciach – proponuję blog Bend Me Over (to, że prowadzi go dziewczyna, dziwi wielu: Are you a girl? – Yes, I’m a girl. Why do I keep getting this question?).

W 9 songs pada zdanie, które można zadedykować przyzwoitkom obu płci – Tylko nieszczęśliwi ludzie źle tańczą. Seks jest rodzajem tańca, i jeżeli nie umie się współpracować, komunikować z partnerem – taniec kuleje. Tak zwane zdrowe publiczne zależy również od tego, czy ludzie nauczyli się odkrywać i szczerze realizować swoją seksualność. Libido jest potężną siłą. Dalajlama powiedział kiedyś (cytuję z pamięci), że zdarza mu się mieć erotyczne sny, z których budzi się mówiąc – Jestem mnichem! Czeski ksiądz Tomasz Halik powiedział z kolei (też z pamięci cytuję, więc mogę przekręcić), że udało mu się wytrwać w celibacie, ale odbyło się to kosztem tak wielkiego wysiłku, że zastanawia się, czy tej energii nie można by użyć w jakimś innym celu. Ci faceci mają klasę i stać ich na szczerość. Inni klasy nie mają i obmacują dzieci w zakrystii. Czy jest jakikolwiek sensowny powód (poza bajkową tradycją) wymagać celibatu od każdego, kto chce być kapłanem? Czy jest jakikolwiek powód, by kobieta nie mogła nim zostać? Dawkins podsumował to kiedyś na publicznym wystąpieniu, mówiąc, że kwalifikacją do bycia kapłanem jest najwidoczniej posiadanie penisa. Jako społeczeństwo musimy nauczyć się rozmawiać o seksualności. Dzieciom można wytłumaczyć co mają między nogami i że nie przyniósł ich bocian (o Wielkiej Księdze Cipek i Wielkiej Księdze Siusiaków wspominałem już kiedyś). Wstrzemięźliwość kwalifikuje się bardzo często jako jedną z dewiacji seksualnych. Z jakich powodów ludzka spontaniczna czułość i intymność oburza, a patetyczne sceny tortur i ukrzyżowania wzbudzają natchnienie? Nie rozumiem bigotów, nie zgadzam się z nimi i uważam, że ich wiktoriańska moralność szkodzi relacjom międzyludzkim, choćby promując fałszywe ideały odkupienia cudzych uczynków przez śmierć jednego człowieka w roli kozła ofiarnego.

Wiele wskazuje, że pruderia i udawanie, że libido nie istnieje, jest relatywnie młodym odkryciem kultury poddanej monoteistycznym wpływom:

The Sheila-na-gig was a craved representation of a naked woman squatting with her knees apart, displaying her vulva (…) Sometimes the figure appeared all over old Irish churches built before the 16th century, but Victorian prudery defaced or destroyed large number of them. (źródło cytatu)

Myślę, że za jakiś czas w kinie pojawią się (o ile już ich nie ma) sceny pieszczot homoseksualnych, bez owijania w bawełnę. I uważam, że jeśli będzie to odpowiednio subtelnie pokazane (tak, uważam „momenty” w 9 songs za uchwycone całkiem subtelnie) – stanie się bardzo dobrze (zdaje się, że coś udało się pokazać Agnieszce Holland w Całkowitym Zaćmieniu, ale ja go nie widziałem). Bi/homoseksualiści też mają prawo do swojej seksualności. A heterycy powinni mieć świadomość, że nie są jedyną opcją. (Ilustracja tego akapitu pochodzi z bloga anarchofeminist.)

Czas na wyjaśnienie pierwszej ilustracji. Choć oddaje ona istotę oburzenia widzów z filmweb (pieszczoty niech już będą, ale pod kołderką), prawdziwe jej znaczenie wyjaśnia autorka bloga The Mother’s Handbook:

Gynecologic examinations, and deliveries, were performed by a method known as “the Touch.” This magical technique involved the doctor examining the woman blind, often under her skirts, or covered by sheets. She might even have her face covered, as well, just to avoid any suggestion of sexuality from eye contact. The invention of the speculum by Recamier in 1801 (or re-invention, actually, since there are ancient references to a speculum-like instrument, and they were widely known in the Islamic world, but the French still claim the bragging rights) obviously caused a tad of consternation. (…) In 1851 he AMA condemned the speculum as embarrassing to women and hazardous for doctors’ status and reputation.

Status i reputacja – dyskretny fetysz bigotów. Ups. Naprawdę dziękuję, że los rzucił mnie do Polski pod koniec XX wieku. Żeby nie było zbyt mrocznie, na zakończenie tego wpisu proponuję sympatyczny obrazek, znaleziony na blogu Sex is not the enemy (na nim też znalazłem zdanie Whenever there’s a sex scandal, I feel sorry for sex., oryginalnie pochodzące z artykułu w The Nation).

Miłego dnia!

Lalita Mohan, prześladowany człowiek-magnes

O męźczyźnie posługującym się nazwiskiem Swami Śjam Lalit Mohan G.K. aka Ryszard Matuszewski dowiedziałem się czytając informację w gazecie.pl. Wynika z niej, że ktoś w prymitywny sposób (m.in. pomówieniami o pedofilię) stara się zdyskredytować Dariusza Pietrka, który winny jest głównie temu, że pracuje w katolickim ośrodku informacji o sektach, wsparcia dla ich ofiar etc. Jedną z sekt, przed którą przestrzega to Himavanti. Jej kluczowa postać (jak wynika z lektury materiałów) to właśnie Ryszard Matuszewski.

Polecam odwiedziny na jego stronie – link. Podkreśla się tam ponadprzeciętne zdolności i dokonania Mohana. Czytamy więc:

Niezwykłe zdolności zauważył u siebie Ryszard Matuszewski. Okazało się, że potrafi przyciągać metalowe przedmioty. Ryszard nie jest zwykłym człowiekiem-magnesem, potrafi przyciągać nie tylko przedmioty wykonane z żelaza, ale również z aluminium, których magnesy raczej nie przyciągają. (…) Ryszard przyciąga łyżeczki, chochlę, a nawet żelazko.

I ten sympatyczny obrazek, który nawet skończonemu niedowiarkowi uświadamia z jak wielce duchowo rozwinętym człowiekiem mamy do czynienia, skontrowany zostaje z krwawym banerem, który kręci się w kółko na szczycie strony – „Lalit Mohan is brutally persecuted. Stop religious persecution in Poland”. O co chodzi? Polskie prawo zabrania mu przyciągać żelazka? Bynajmniej. Chodzi raczej o to, że sekta nie może zostać zarejestrowana w Polsce, bo jej statut jest niezgodny z konstytucją. Wyborcza pisze również:

Ryszard M. ps. „Mohan”, guru Himawanti, miał grozić Ojcu Świętemu zamachem. Pietrek został wtedy ekspertem Centralnego Biura Śledczego i pomagał agentom namierzyć „Mohana”.

Trudno wyczuć, na czym mogły polegać te groźby, czy były realne, czy Mohan oprócz przyciągania potrafi metalowe przedmioty odpychać od siebie z gwałtowną siłą i czy żelazko pchnięte siłą woli przebije się przez osłonę papamobile.

Ciekawsze jest to, że Mohana coś głęboko niepokoi, czemu daje wyraz w dramatycznych apelach i artykułach na swojej stronie. „SOLIDARNOŚĆ – Utajone narzędzie w rękach Szatana Diabła. Adam Darski ‚Nergal’ i zespół Behemoth – prześladowanie przez propedofilską mafię Ryszarda Nowaka i Jolanty Szczypińskiej z PiS. Ruch Effatha – Andrzej Wronka – Sekta Zła 666. Hitler-Mafia Opus Dei i dewianci z TVN UWAGA atakują wybitnego profesora.” Pod takimi emocjonującymi nagłówkami znajdują się również konkretne informacje:

Niebezpieczna zła sekta która dokonała uszkodzenia zdrowia Barbary L.  i zagraża realnie jej życiu to: Sekta Stowarzyszenie Na Rzecz Rodziny, Pl. Św. Jana 31a, 41-503 Chorzów kierowane przez: Katarzyna Augustyniak – prezes, Robert Gierek – zastępca prezesa, Teresa Szpularz – skarbnik, Barbara Dąbrowska-Soida – sekretarz, Dariusz Pietrek – członek zarządu.

Mohan walczy na wielu frontach. Nie tylko tam, gdzie zagrożone są wartości duchowe, ale i zasada domniemanej niewinności człowieka:

Wskutek kłamliwego fotomontażu w stylu propagandy goebbelsowskiej Polskie Towarzystwo Seksuologiczne dnia 26 luty 2010 zawiesiło prof. Lechosława Gapika w prawach członka i superwizora Towarzystwa i wycofało mu bezprawnie i bezpodstawnie certyfikat seksuologa klinicznego. Wnioskuje też do sądu koleżeńskiego o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego – poinformował poszczuty przez bandę dewiantów katofaszystowskich na profesora dr Andrzej Depko. (…) Profesor Marciniak chyba nie słyszał o obowiązującej w demokratycznym państwie prawa zasadzie „domniemania niewinności” przy wszelkich oskarżeniach i pomówieniach, szczególnie tych dokonywanych przez media brukowe!

Dla przypomnienia, sprawa prof. Gapika opisana jest w pigułce tutaj.

Warta przeczytania jest też odpowiedź Mohana na list jednego z dziennikarzy Rzepy. Nie będę cytował, jeśli ktoś ma chwilkę – polecam. Są to proste pytania i długie odpowiedzi w stylu „a u was Murzynów biją”.

Jeśli ktoś sądzi, że rozemocjonowany język, odmienianie katofaszyzmu przez wszystkie przypadki i wmawianie katolikom en masse pedofilii (a wszytko to na granicy manii prześladowczej) nie przyciągnie Mohanowi zwolenników, jest w błędzie. Polecam wizytę na stronie Krąg Uczniów. Znajdziemy tam listę tych, którzy złożyli „Ślub wiecznej wierności Śri Guru-Ji Lalita Mohan Babaji!”.

Interesuący jest również „Kodeks Pielgrzyma Drogi Duchowej”:

  • Przyprowadzanie nowicjuszy na zajęcia do aktywnych aćarjów i głoszenie Chwały Śri Gurudźi!
  • Bezinteresowne pomaganie w organizacji programów zajęć ze Śri Guru i Jego aćarjami (apostołami)!
  • Bezinteresowne pomaganie w pracy ośrodków (centrów) i świątyń autoryzowanych przez Śri Gurudźi!
  • Bezinteresowne pomaganie w organizacji i uczestniczenie w odosobnieniowych Czillach!
  • Przykładem własnym pokazywać jak się gorliwie wypełnia każde polecenie Śri Gurudźi (Mistrza)!
  • Arćana – Wielbienie Śri Gurudźi linii przekazu po kres tego żywota i w następnych wcieleniach!
  • Nie wolno UCZNIOM wątpić w BOSKOŚĆ Śri Gurudźi ani szerzyć oszczerstw o Śri Gurudźi!

Podoba mi się szczególnie nowe znaczenie słowa „bezinteresowność” – jest to najwidoczniej tylko ta praca, która przynosi pożytek organizacji, której się jest członkiem. Chyba nawet Hitlerjugend było bardziej bezinteresowne.

Niech zła karma (zły los) wszystkich aktualnie wiernych Uczniów Duchowych Śri Guru Lalita Mohan-Dźi zostaje przeniesiona na tych, którzy odeszli, zawiesili się lub sieją ferment wątpliwości! Hum!”

Uczniowie (Inicjowani) są zawsze wierni i posłuszni Śri Guru-Ji! Odstępców w chwili śmierci sfery piekieł pochłoną stosownie do stopnia inicjacji!

Tylko skończony dupek jest w stanie tak ohydnie wmawiać swoją wielkość innym ludziom. Ferment wątpliwości go boli, ciekawe. Można opowiadać bajki o „przeniesieniu złego losu na tych którzy odeszli”, ale słowa samego Mohana świadczą o tym, jak wplątał siebie i swoich akolitów w zły los ucieczki od rzeczywistości, w ezoteryczną bollywoodzką fantazję. Jako człowiek-magnes, Mohan ma idealne kwalifikacje do prowadzenia skupu złomu. Ludzi powinien zostawić w spokoju.

Panie Mohan, produkować tyle słów na własny temat, przyklejać sobie łyżeczkę do czoła i wymagać posłuszeństwa „po kres żywota”… trzeba mieć nierówno pod kopułą i ucieczka w indyjski folklor tego nie zmieni.  Kwalifikacje „duchowe” masz pan dokładnie takie jak ojciec dyrektor Tadeusz Rydzyk – samozadowolenie i pranie mózgu innym ludziom są sprawdzoną metodą.

Tak zwany minimalizm, czyli co się ma i jak się z tego korzysta

Długo nic tu nie opublikowałem. W międzyczasie powstało naście szkiców, ale wszystkie irytowały mnie zbyt dużym stopniem zideologizowania. Tropienie religianctwa trochę mnie zmęczyło. Zaś życie pokazało się z trochę trudniejszej strony.

Dzisiaj jednak, zainspirowany polskimi blogami poświęconymi tzw. minimalizmowi, postanowiłem wrócić do swojego niezrealizowanego pomysłu i napisać trochę o moim „stylu życia” (cudzysłów dlatego, że nie cerpię tego zwrotu ;-).

Na początek oddam zadość statystyce, a więc remanent stanu posiadania:
– około 200 książek (jakieś dodatkowe zalegają na półkach znajomych), około 40 magazynów (periodyków),
– płyty muzyczne – 35 oryginalnych cd, około 230 przegranych cd, około 90 winyli,
– około 20 oryginalnych wydań filmowych dvd, około 200 przegrywanych,
– garderoba: 11 par butów (w tym 2 sandałów), 1 para kapci, 10 kurtek, 25 par spodni,
– swetry, bluzy i koszule policzyłem razem – 30,
– około 25 t-shirtów, kilkanaście par majtek, około 20 par skarpet
– 3 czapki, dwie chusty, dwa szaliki, dwie pary rękawiczek,
– 3 komplety pościeli, 3 koce, 4 ręczniki,
– w kosmetyczce: szczoteczka do zębów, pasta, mydło, jednorazowa maszynka do golenia, antyperspirant
– 4 plecaki, 3 karimaty,
– jedna szafa, regał, niska szafka, biórko, mały stół, stolik nocny, fotel, 2 krzesła, 4 lampy, kwietnik, materac do spania (część mebli z odzysku, np. ze śmietnika),
– 4 rośliny doniczkowe różnej wielkości (kaktus znaleziony na śmietniku),
– dupsy dekoracyjne: niewielki obraz, kilka pamiątek z podróży, parę kamieni (lubię bardzo), pojemniki na długopisy,
– komputer (i monitor), laptop, wzmacniacz, odtwarzacz płyt, gramofon, 4 kolumny (2 zepsute), dużo kabli (sprzęt grający to same szroty),
– suszarka na pranie, deska do prasowania, żelazko,  skrzynka + karton narzędzi (w tym sznurki, taśmy klejące, farby, pędze itp),
– rower i jedno zapasowe koło (samochodu brak, choć może pojawi się w tym roku (sic!)).
To wszystko zgromadzone w pokoju 4×5 m (przedstawiciele fauny – pająki).

Nie wliczyłem tutaj gratów kuchennych, które są wspólne (ale – mam 9 par japońskich pałeczek zastępujących czasem sztućce). Większość ciuchów (na oko 80%) pochodzi z drugiej ręki. Butów używam zdecydowanie wielosezonowo (na ogół 3-5 lat), najstarsze mają 12 lat.

Tak to wygląda, oczywiście bez drobiazgowej skrupulatności.
A czego brak zauważają u mnie (a raczej u nas) goście:
– telewizor
– lodówka.

Brak lodówki wynika pośrednio z decyzji domowników ( trzyosobowa komuna) o niejedzeniu mięsa. Nabiał kupujemy w małych ilościach i od razu znika. Masło nawet latem wytrzymuje 2 dni. Smakowo ma to ten plus, że produkty konsumujemy w miłej dla podniebienia temperaturze (schłodzony ser czy masło – brrrr). Jajka (tylko zerówki lub jedynki, albo undergroundowe od koleżanki ;-) wytrzymują parę dni w normalnej pokojowej temperaturze.

Mamy w ogrodzie kompostownik. Trafiają tam wszystkie odpadki organiczne z kuchni, torebki z herbaty a także efekt zamiatania podłogi (kurz, piasek etc) oraz czasem inne makabryczne ciekawostki, jak np. włosy po scięciu… Dżdżownice i mikroorganizmy pracują na medal. Nasz kompostownik jest nieestetyczny i sąsiedzi nie patrzą w jego stronę ;-) Samo utrzymywanie kompostownika wymaga np. zakupienia wideł, do okresowego przewietrzania i przerzucania, więc też jest kłodą pod nogi ideologicznych minimalistów, którzy mogą sobie pozwolić na komfort nieposiadania pewnych przedmiotów, bo niektóre prace wykonują za nich inni ludzie (na przykład pozbywanie się śmieci).

Staramy się robić jak najmniej zakupów w sieciówkach i supermarketach (choćby dlatego, że drenują pieniądze gdzieś hen). Alkohol – piwo raczej niepasteryzowane i z małych browarów (np. Żywe). Wino – po wakacjach spędzonych we Francji, nie kupuję wina produkowanego masowo. Tylko z małych niezależnych winnic (np. ze znacznikiem Vigneron Independant). Takie wina w Polsce kosztują od 40 zł, ale piję je tak rzadko, że postanowiłem wspierać samodzielnych winiarzy nie tylko dobrym słowem. Innych alkoholi nie kupujemy prawie wcale.

Ponieważ segregujemy odpadki (szkło, plastik, makulatura, organiki) – samych śmieci (wywożonych przez MPK) produkujemy bardzo mało. Jednak kolekcja butelek, słoików, torba pełna plastików i sterta makulatury rażą estetów ;-)

Czy czuję sie do czegoś emocjonalnie przywiązany? Tak, głównie do książek i płyt muzycznych. Na pewno jest w moim podejściu do słuchania muzyki coś zachłannego. Świadczy o tym na pewno rosnący zbiór empetrójek na dysku. Książek też przybywa więcej niż czytam. Jest to jakaś oznaka biegunki mentalnej. Jeśli chodzi o wydawanie pieniędzy na muzykę… postanowiłem częściej kupować płyty tych artystów, których twórczość najbardziej mi się podoba.

Czy zatem to wszystko spełnia wymogi owego minimalizmu? W paru miejscach na pewno nie. Nie ma to znaczenia.  Minimalizm jako taki niekoniecznie mnie interesuje, szczególnie w swoim estetycznym wydaniu. Ważna jest pewna perspektywa, którą jego założenia proponują. Ważni są ludzie, którzy poprzez minimalizm znajdują i realizują ciekawe wątki w swoim życiu. Ludzie mnie interesują, ideologia – bardzo mało.

Bezpośrednią inspiracją do napisania tego tekstu była lektura tych blogów, za co autorkom i autorom dziękuję:
Minimalistka
Efekt Halo
Neominimalizm
Becoming minimalist

Na koniec parę zdjęć:

Kartony przydają się w wielu momentach, tutaj jako stolik nocny

Wnętrze doniczki z kaktusem po mocniejszym podlaniu

Czasem tak wygląda obiad (ryż, soczewica, glony, kiszona kapusta)

Lub tak (seler, groch, czerwona kapusta)

Często gotujemy warzywa na parze

Zapasy kuchenne

Zimą trochę skromniej

Blat kuchenny latem

Sałatka z kapusty i pojemnik na odpadki organiczne

Kompostownik po stopnieniu śniegu, widok nie do zaakceptowania przez zwolenników układu "tuja + trawnik"

Kompost z bliska - powoli powstaje humus

Dżdżownice skolonizowały wyrzuconą kapustę

Sadzenie kartofli było złym pomysłem - zwabiły dziki

Jakie znasz słowo na „ć”?

„Wielką księgę cipek” postanowiłem kupić zgodnie z założeniem, że głosuje się również portfelem.  Opis znalazłem w Wysokich Obcasach, powędrowałem na stronę wydawnictwa – tam zaskoczenie, że powstały równolegle dwa wydania – „ocenzurowane” i „bez tabu”. Nabyłem wariant drugi – dzięki czemu okładkę, samą w sobie dość neutralną i sympatyczną, wydawca obsmarował mi wielkimi ostrzeżeniami na czerwonych polach „Bez tabu”, „Uwaga! Treści zawarte w książce mogą obrażać uczucia religijne”.

Książka jest adresowana do młodych ludzi. Czy w dziecięcym / nastoletnim wieku tak naprawdę można mieć jakieś „uczucia religijne”, które nie byłyby kalką histerii dorosłych – tylko się domyślam (że nie). Natomiast nie rozumiem, dlaczego na polski rynek produkt ten musi trafiać ometkowane ideologią. Dziecko,  zanim zapozna się z zawartością – z góry ma klucz do jej odbioru – „omijanie tabu” i „obrażanie uczuć”. Wydawało mi się, że dlatego właśnie w Polsce bardzo brakowało tej książki, że nie rozmawia się o goliźnie, cipkach, masturbacji etc, bez infantylnych rumieńców i zezowania w stronę ciotki-dewotki.

Oburzenie faktem wydanie książki najelpiej zilustrują cytaty z recenzji:

Okładki tych książek są wstrętne, mówiąc najdelikatniej. Treści również wstrętne, np. pada pytanie „co by było, gdyby Pan Jezus miał c***?” (wybaczcie, ale to nie przechodzi mi nawet przez myśl, więc pozwolę sobie na gwiazdki), „dlaczego Pan Jezus miał siusiaka?” i tu materializuje się nowatorski pomysł autora, bo zamieszcza on ilustrację, na której widnieje krzyż, z rozebraną kobietą, która również ma przebity bok, itp. (!!!)
To jakaś paranoja.
A już największą paranoją jest fakt, że takie książki znajdują swoich czytelników i kupców. Zastanawiam się czy rzeczywiście TAK źle jest z lekcjami dotyczącymi edykacji seksualnej, czy rzeczywiście rodzice dziś są aż TAK BEZRADNI  w tematach intymnych, by wprowadzać swoje dzieci w konieczną i potrzebną wiedzę?
Budzi we mnie niesmak fakt, że kolejny raz do takiej tematyki miesza się BOGA, podważając prawdę objawioną! Do EDUKACJI seksualnej, przez zgrabną manipulację, zaczyna się włączać kwestię EDUKACJI z masturbacji! To PARANOJA! Nie chce, by moje dzieci (jeśli Bóg da) wychowywały sie i rozwijały w takim misz-maszu i takim poprzestawianiu ról, wartości. Nie chce, by moje dzieci edukowały prymitywne książki i by to one stanęły w miejscu mojego męża i moim.
I wypowiedź jednej z komentatorek:
Mamciu, ja gorsze rzeczy widziałam. Np. wspomniane gdzieś przeze mnie kopulujące lale, którymi bawiły się duńskie dzieci w przedszkolach. Jak nie zrobimy stosu i nie wsadzimy tam całej tej produkcji razem z autorami to za chwilę będziemy mieli taki cyrk, że się nie pozbieramy.

Bulwersujący fragment (podważa prawdę objawioną) to dokładnie 6 zdań. W tym dwa, jak podejrzewam kluczowe:

„Ciekawe, co by było, gdyby Jezusa przedstawiano z cipką, czyli gdyby był kobietą. Hm, na pewno byłoby zupełnie inaczej.”

Czy byłoby inaczej – tego nie wiem. Jednak czy konserwatyści nie mogliby mieć więcej dystansu do swoich komiksów?

Dobrym punktem odniesienia jest rozmowa z Bartłomiejem Dobroczyńskiem, opublikowana w czwartym dodatku psychologicznym Polityki „Ja My Oni”. Oto interesujące mnie fragmenty:

Wszędzie tam, gdzie Europa pozostawała mocno pod wpływem tradycji, platońskiej i chrześcijańskiej, próbowała poddawać kontroli, wręcz gwałcić te elementy w człowieku, które wiążą się z ciałem, materią. Konieczne były rygor, tresura, kaganiec, a w praktyce przekłada się to na obecność paska w wychowaniu. Mamy za sobą 2 tysiące lat nieufności wobec ciała i emocji. Druga wizja pojawiła się wraz z dziełem Darwina „O pochodzeniu gatunków”. Ta książka zmienia wszystko.

I dalej:

A ciało i emocje były w naszej kulturze potwornie represjonowane. I dziś nie są specjalnie dowartościowane. Problem współczesności nie polega na tym, że emocje są traktowane pozytywnie. Raczej na odkryciu, że można je doskonale wykorzystywać w celach komercyjnych. To samo z ciałem. Kościół przekonuje, że panuje dziś kult ciała. To nieprawda. Ciało jest tak samo znienawidzone jak setki lat temu. Panuje kult wyglądu. Nie ma kultu emocji, ale jest wiedza, że tam gdzie emocje są w akcji, mogę człowieka wykorzystać do swoich celów.

Człowiek  może myśleć o każdej części swego ciała z sympatią. Pytanie, czy coś w tym złego, brzmi wręcz banalnie. A jednak wydawnictwo Jacka Santorskiego wykonuje pracę u podstaw.