Category Archives: Życie

Ewangelizacja: shock and awe

„Jezus umarł za Czechy”
„Jezus kocha Polskę”
„Rosja należy do Boga”
„Pan Bóg kocha Grecję”
Takie subtelne transparenty (w narodowych językach) chce rozwiesić przed oczami kibiców archidiecezja wrocławska i Centrum Kultury im. Jana Pawła II.

Zbigniew Czendlik, polski ksiądz pracujący w Czechach, tak odpowiada na pytanie o tę akcję:

Marta Gołębiowska: W założeniu akcja ta ma zbliżać Polaków i Czechów. Tak przynajmniej twierdzą jej organizatorzy.

Ks. Czendlik: – Są w błędzie. Przede wszystkim pokazują, że nie znają swoich sąsiadów. To, że Czesi nie identyfikują się ściśle z żadną konkretną religią, nie oznacza, że nie są wierzący. Wierzą w Boga, a nie w instytucję, jaką jest Kościół. Plakaty i transparenty, o których pani mówi, będą natomiast sugerować, że Czesi to ateiści, których trzeba przy każdej okazji nawracać. A to krzywdząca, niesprawiedliwa opinia. Ktoś może się nawet obrazić. W moim odczuciu Czesi są bardziej uduchowieni niż Polacy, głębiej przeżywają swoją wiarę.

(podkreślenie moje)

Nie jestem kibicem, ani Czechem. Ale na pewno nie życzę sobie, by ktokolwiek za mnie umierał. Żeby ktokolwiek epatował takim szantażem emocjonalnym. Poziom tych sloganów jest żenujący, i pokazuje brak umiejętności nawiązywania kontaktu z innym człowiekiem, takim jaki on jest. Polski misjonarz nawiązuje kontakt jedynie z tymi, którzy chcą, by inny za nich umierał, w dodatku na krzyżu. A co z resztą?

Jaką ofertę religijną ma Kościół dla tych ludzi, dla których retoryka „odkupienia przez śmierć” jest obca, lub wręcz oburzająca?

Odpowiedź brzmi – żadną. Kościół tych ludzi nie rozumie. I odmiawia im prawa do wiary, do religijności. Kościół chce gadać, nie chce słuchać.  Jaki jest związek takiej gadki (umarł za…, kocha twój kraj…, świat należy do niego) z moim życiem? Żaden. Brzmi absurdalnie, patetycznie i arogancko.

Nie można za nikogo umrzeć – to niczego nie załatwia (ciekawe, co o umieraniu za Czechy mówi Nowy Testament).  Nie można kochać narodu ani państwa – brzmi to conajmniej infantylnie. Chcecie kogoś „nawrócić” (co za słowo) na swoja bajkę – pokażcie mu, że rozumiecie jego życie.

Reklamy

Mój stosunek do osób wierzących (i wszystkich, w tym i siebie)

Fot: sethoscope @ flickr

Tytuł jaki nadałem temu wpisowi wywołuje we mnie zażenowanie. Zrobiłem to celowo, by zaraz się wytłumaczyć. A mianowicie, chodzi o to, że nie traktuję teistów, czy wierzących w cokolwiek, inaczej niż ateistów. Przynajmniej tak sądzę – takie mam sam o sobie mniemanie. Kategoria „teista / ateista” nie interesuje mnie, gdy poznaję nowych ludzi. Jest głęboko ukryta na dalszym planie, gdy myślę o przyjaciołach i znajomych. Nie lubię, widząc człowieka, mówić sobie „oto wierzący”. Zdarza mi się to czasami, przyznaję. Ale nie lubię tego i sam się przed sobą wstydzę.

Rozumiem to tak samo, jak rozgraniczam chociażby dzieło artysty od jego biografii. Jak dzieło filozofa od jego żywota. To jak zmarł Nietzsche nie ma dla mnie przełożenia na to, jak czytam jego teksty (raczej: czytałem). Moja opinia o Larsie von Trierze nie ma wpływu na to, co sądzę o jego Idiotach.

Usłyszałem kiedyś, że dojrzały chrześcijanin odróżnia grzech od grzesznika. Stąd pewnie tolerancja Kościoła dla dzieł Carravaggia, awanturnika, pijaka i człowieka dość lubieżnego. Przykładów pewnie znalazłoby się więcej.

Więc chciałbym, aby uszczypliwości, jakie zdarza mi się praktykować pod adresem tych czy innych przekonań, nikt nie brał osobiście. Nie są atakiem na czyjekolwiek życie.

Dalej – uważam, że każdy swoje przekonania stwarza sam, z tego co ma akurat pod ręką. Lepi je z wielu uświadomionych ale i nieuświadomionych elementów. Dodajmy do tego zwyczajną ludzką skłonność do pewnej nieciągłości przekonań. Do tego, że są (jesteśmy)  racjonalistami w pracy, a w domu działają irracjonalnie. Że mówiąc o akwarystyce są sceptykami, a przechodząc w dyskusji do futbolu stają się mistykami. W tygodniu stateczni, a od święta podatni na wybuch emocji.

Ludzie żywią wiele przekonań przypadkiem, choć gdyby ich zapytać – będą przekonywać, że to w 100% ich wola i świadomy wybór. Nie doceniają dyskretnych schematów mentalnych, którymi nasiąknęli w dzieciństwie, przez osmozę, a które formatują ich dorosłe przekonania, cały horyzont myślowy.

Więc ulepieni z wielu drobinek myślenia o religii, wierze, duszy etc, nauczeni pojęć takich a nie innych do opisu niuansów ich intymnego przeżywania emocji i świata, pozostają tym przekonaniom wierni. Są przyzwoici, bo wychowano ich na przyzwoitych ludzi – ale powiedzą, że to religia ich takimi zrobiła. Są uczynni, bo uczynności nauczyli się od matki, ale powiedzą, że utrzymuje ich w tym lektura Nowego Testamentu. Nie ma znaczenia, że w Nowym Testamencie jest ledwie parę fragmentów o uczynności, otoczonych morzem nieistotnych z etycznego punktu widzenia opowieści. Dla nich to będą te fragmenty najistotniejsze, z którymi czują się zżyci tak mocno, jak stare drzewo z siatką płotu, przy którym zbyt blisko wyrosło.

Nie chcę być inkwizytorem, i przymuszać ludzi w dyskusji, by przyznawali, że nie do końca wiedzą w co wierzą. Że nie do końca znają kwestie swej wiary.  Czuję, że próbując wyrwać ten wrośnięty płot, odrąbałbym chyba zbyt wiele. Nie wiem czy warto… Sam przecież też  nie wiem wszystkiego i nie jestem tak racjonalny, jakbym chciał. Moje oczekiwania wobec rzeczywistości, mój ateizm, nie są najważniejsze.

Napisałem tę powyższą deklarację, bo czytam ostatnio (niesystematycznie) właśnie Nowy Testament, i zadziwia mnie jak wielką wagę przypisuje się tekstom tam zebranym. Pierwszą moją reakcją była chęć ataku, poczucie mocnego oręża,  jakim ta lektura mnie obdarzyła. Przeszło mi. Nie ma to najmniejszego sensu. Jedyne czego bym sobie życzył, to bardziej krytycznej nauki o Biblii w szkole. I o początkach chrześcijaństwa, bynajmniej nie laurkowych. Ta wiedza powinna być ogólnodostępna, nie zarezerwowana tylko dla studentów historii. Z tej wiedzy uczniowie powinni być sprawdzani. Potem niech każdy robi z nią co chce.

Deklarowane przekonania to jedno, życie to drugie. Życiem człowieka władają emocje. Dlatego warto być wobec innych ludzi wyrozumiałym. Nie następować im na odcisk. Wierzą, że Józefowi jakaś postać we śnie kazała wracać z Egiptu do Palestyny? Spoko. Podniecają ich wyścigi formuły 1, albo motocykli na żużlu? Wszystko to dla mnie jednakowo absurdalne. Trudno. Można z tym żyć.

Na emocjach robi się największe pieniądze, kariery polityczne. Człowiek, który krytycznie przygląda się własnym uwikłaniom emocjonalnym i stara się je ograniczać, skazuje się trochę na opinię dziwaka. Na głupiego grilla nie można go zaprosić, bo zaraz zacznie kręcić nosem, że mięso, że smród, a że w ogóle to czy trzeba tyle jeść… nieżyciowa maruda po prostu.

Więc jedni pójdą na mecze Euro 2012, inni na pielgrzymkę, na Krakowskie Przedmieście, na grilla z piwem. Tłumy Japończyków przewalą się przez salony paczinko, muzułmanie okrążą kamień Kaaby. Moja babcia będzie się za mnie modlić, sąsiad zalewać niemoc w alkoholu. Ktoś będzie się masturbować, ktoś namiętnie i czule kochać, ktoś prostacko dupczyć. Wśród tych wszystkich ludzi są być może moi bliżsi lub dalsi przyjaciele, znajomi.

W radio padają wiadomości o procesie kanonizacyjnym JPII. Ktoś jedzie głośnym motocyklem po ulicy. Pies robi kupę na trawniku. Zaprawdę godne to wszystko i sprawiedliwe. Słuszne i zbawienne. Ale po co od razu o tym pisać?

325 triathlonów siostry Madonny

Triathlon, czyli trójbój, to zestaw trzech odcinków, pokonywanych wpław, rowerem, a na końcu biegiem. Konkurencję tę rozgrywa się na różnych dystansach. Np. podczas olimpiady zestaw to 1,5 /40 /10 km. Tzw. Ironman triathlon to odpowiednio 3,9 /180 / 42 km, z limitem czasu 17 godzin.  Madonna Buder, katolicka zakonnica, zaczęła trenować w wieku 48 lat. Urodzona w 1930 r., ma obecnie na koncie 325 triathlonów, w tym 36 klasy Ironman.

Siostra Madonna należy do zgromadzenia „Sisters for Christian Community”, organizacji założonej po II Soborze Watykańskim. Artykuł w Time tak streszcza jej ogólne założenia:

The S.F.C.C. has no mother general, much less a mother house, since it owns no real estate. Each sister makes a home for herself, sometimes shared with one or two other members, finds her own job and pays her own taxes. Each writes a private commitment to Christ instead of taking formal vows. None is required to wear a habit or any other religious symbol. Many, however, (…) wear crucifixes or other emblems of the profession.

The Sister Fund, portal, którego ambicje wyraża motto „Women Transforming Faith – Faith Transforming Feminism…”, pisze:

Sisters for Christian Community–a self-governing, independent group not subject to Vatican oversight, but recognized by the Vatican as an alternate form of Catholic sisterhood.

Cytat pochodzi z artykułu „Nuns on the run: Why is the Pope targeting women?„, opisującego mocną reakcję Watykanu na inicjatywy podejmowane przez niektóre zbyt niezależne zakonnice amerykańskie. Jak każda biurokracja, poświęca on sporą część swoich wysiłków na utrzymanie status quo sfery wpływów i ochronę fasadowego wizerunku.

Using the same procedure it so belatedly imposed on priests who sexually assaulted children, the Vatican is investigating nuns who supported social justice.

Można powiedzieć, że analogiczną reakcję wywołał swego czasu ruch książy robotników (głownie we Francji), którzy poszli pracować w zakładach przemysłowych, żeby być bliżej ludzi. Konsternację Watykanu wywołały choćby przypadki wstępowania tych kapłanów do komunistycznych związków zawodowych. Tak tamtą sytuację kwituje ks. Andrzej Przybylski:

Okazało się, że w wielu przypadkach to nie księża przemieniali robotników, ale robotnicy zmieniali księży. (…) Nie uważam, że najlepszym lekarstwem na ewentualne lenistwo kapłanów jest posłanie nas do świeckiej pracy.

W tym poglądzie wyraża się strach organizacji – tracimy wpływ na ludzi, ludzie zyskują wpływ na nas. No i musielibyśmy zmienić styl życia.

S.F.C.C. nie jest jedyną organizacją, która poszukuje nowej formuły dla życia zakonnego (o ile zakon jest tu dobrym określeniem). Artykuł w Time wspomina o Siostrach Loretto:

Loretto nuns have broadened their definition of community to include men and married couples as well as non-Catholics. But since the Lorettos are still under the authority of Rome, these lay people, called „co-members,” take no vows and thus are not officially part of the congregation. The sisters no longer make vows of poverty, chastity and obedience in the old formula, but write their own expressions of dedication, which retain the essence of all three vows. „Poverty,” says Sister Luke, „should mean detachment, not dependence. Obedience should be to the needs of people, and to the community, not just to superiors.

Samodzielność w sprawach ubioru, w podejmowaniu decyzji, elastyczność w dobieraniu metod pracy (Madonna Buder dedykuje swoje starty w zawodach konkretnym celom charytatywnym, na które zbiera pieniądze) wykraczają poza stereotypowy obraz katolickiej zakonnicy, szczególnie w Polsce. Jednak wachlarz zjawisk religijnych w Stanach jest znacznie szerszy, niż to do czego jesteśmy przyzwyczajeni w naszej okolicy, zdominowanej przez wojtylianizm i katolicyzm narodowy. Amerykanka Margaret Traxler kwestionowała monolityczne stanowisko Watykanu w sprawie aborcji (cyt. za Wikipedią):

In 1984 Traxler was one of 24 nuns who signed their names to a New York Times advertisement stating that there was more than one Catholic position on abortion. Traxler upheld the church’s teaching opposing abortion, but believed each woman had a right to make the choice for herself.

Brzmi rewolucyjnie? Może dlatego, że nie jesteśmy przyzwyczajeni do brania odpowiedzialności we własne ręce i za swoje czyny i wybory (szczególnie w sprawach zachaczających o religię). A to oznacza, że nie atakuje się innych ludzi dogmatami, tylko daje im mozliwość samodzielnego podejmowania decyzji, nawet jeśli my te decyzje uważamy za błędne. Podczas gdy Tomasz Terlikowski uprawia scholastyczną statystykę i notuje pilnie, ile zarodków ginie podczas zapłodnienia in vitro, niektóre amerykańskie zakonnice bez kompleksów zrzucają habity i wchodzą między ludzi i ich codzienność.

Religia, która zanurza się w życiu, sprywatyzowane sposoby wyrażania religijności to koszmar dogmatyków. Zakonnica w stroju sportowym, która obejmuje się z topless facetem to czkawka dla bigotów.  Kobieta, która sama pracuje na swoje utrzymanie, trenuje swoje ciało i podejmuje fizyczne wyzwania jest dla mnie znacznie bardziej wiarygodna od biskupa, który nie znajduje pół godziny, by pozamiatać chodnik przed swoim domem. Nie wiem w co dokładnie wierzy Madonna Buder. Może mieć inne niż ja poglądy na temat Myszki Miki czy wniebowstąpnia – nie ma to wielkiego znaczenia. Przekonuje mnie jej postawa.

Madonna Buder (w wieku 77 lat) na starcie triathlonu

Pruderia, przyjemność, pornografia. Na marginesie filmu 9 Songs

Przeglądając filmweb.pl, trafiłem na kilka opinii na temat filmu 9 Songs, cytuję (pisownia oryginalna):

film dno,,muzyka shit i porno akty(blowjob,handjob itp-bez cenzury:)) w częstych scenach erotycznych,,,,tak naprawdę nie wiadomo co reżyser chciał tym filmem pokazać

próba wciśnięcia nam kitu, że to nie jest pornus. JEST, brakuje tylko anala i trójkątów. reszta jest i to całkiem widoczna.

(zwolennicy szariatu mają rację, całkiem widoczna twarz kobiety to już zgorszenie i porno, brakuje tylko pupy i biustu)

wybacz że nie dostrzegłem w tym filmie jak dziwna w dzisiejszym świecie może być miłość, ale to porno mi zasłaniało widok…

(dziwne jest to, że zakochani ludzie uprawiają seks?)

zwykli aktorzy porno, zero emocji

(czyich emocji? komentującego?)

Głosy powyższe brzmią dość radykalnie, w opozycji do bardziej stonowanych, jak ten:

Reżyser pokazał związek dwojga ludzi. Bez wycieczek w dramat. To dokumentacja o zwykłego związku, jakich wiele. Seks , drugs and rock’n’roll. I o to chodzi – o autentyzm. To zwykły film, którego zadaniem było ukazanie związku. Według mnie się udało…

Dlatego postanowiłem go obejrzeć.

Nie żałuję, choć o filmie jako takim dużo napisać nie chcę, nie będzie to recenzja. Michael Winterbottom nie przeciągał nazbyt – obraz trwa 65 minut (parę scen dało by się sciąć). Wątek muzyczny zupełnie nie w moim typie. Całość prosta i bezpretensjonalna. To, co moim zdaniem jest jego fundamentem i naprawdę się broni – to pokazanie relacji i komunikacji pary młodych ludzi. A ta zbudowana i oddana jest naprawdę zgrabnie i sympatycznie. Wspólne sceny w łazience przed lustrem czy w wannie naprawdę mi się podobały. Jeżeli pokazujemy nagich (rozpusta!) partnerów podczas wspólnej (rozpusta!) kąpieli a kobieta zakochana w swoim chłopaku dotyka jego penisa (rozpusta!) i przytula się do niego… to co tu jest nie tak? W innej scenie pieprzą się rano a potem bez specjalnych westchnień i długich wymownych spojrzeń (erotyzm a la polska szkoła filmowa) przechodzą do robienia kawy. No właśnie. Tak wygląda seks. Tak wygląda budowanie relacji i wspólne życie. W związku jest miejsce na namiętność i pożądanie, a to oznacza, że facet ma sztywnego penisa a kobieta ma cipkę. I partnerzy się dotykają, całują, pieszczą i pieprzą. Dlaczego kogoś to boli? Wstydzi się własnego porządania?

Bardzo fajnie pokazana jest uroda bohaterów. Nie jest żurnalowa, na pewno nie są to zwykli aktorzy porno, aktorka grająca główną rolę w branży porno nie ma szans zaistnieć, gra głównie mózgiem a nie ciałem. Ci ludzie cieszą się sobą nawzajem i oprócz seksu (czyli tego co głównie zauważyli w/w krytycy) okazują sobie dużo codziennej, spontanicznej czułości. Seks jako istotny element budowania relacji jest pokazany szczerze. Widać, że towarzyszą mu emocje a relacja nie zawsze jest gładka i cacy. To zdecydowanie odróżnia 9 songs od porno, przynajmniej mainstreamowego. Z komentarzy na filmweb, pytanie: „Jakieś podobne filmy do tego?” – odpowiedź: „redtuba.com tam jest dużo…”. Otóż nie. Na redtube jest mięsne dupczenie, ginekologiczne zbliżenia, a równorzędne relacje partnerskie występują w homeopatycznej dawce. Seks jako penetracja, kobieta jako otwory. Mainstreamowe porno nie zajmuje się emocjami i więzią partnerów, tylko ilością i obfitością wytrysków. Aktorki to laleczki a aktorzy to buhaje. Porno-seks jest równie życiowy, co obraz jelenia na rykowisku. Można to łatwo zrozumieć, choćby odwiedzając polską stronę Seksualność kobiet.

Oczywiście film ma prawo się nie podobać, można go odebrać jako nudny. Zwyczajnie można nie mieć ochoty na oglądanie seksu. Nie jest wiekopomnym dziełem. Znakomicie jednak prowokuje pruderię. Dziwi mnie, że dorośli ludzie, którzy trafili na seans, zamiast spokojnie wyjść (jeśli nie trafili w swój gust i nastrój) – krzyczą, że brakuje tylko anala. Uważam, że mogłaby ten film oglądać młodzież, bo pokazuje związek, w którym jest i szaleństwo i trochę dragów i satysfakcjonujący seks. Jest to pokazane naturalnie i bez teatralnego przerysowania. Ciała bohaterów nie są idealne, scenografia dobrze oddaje pewną przeciętność – film nie ucieka w estetyzację. Nie moralizuje. Nie ma „głębokiej” puenty, co pewnie boli niepoprawnych romantyków. Mi seans w domowym zaciszu o tyle sprawił przyjemność (przyjemność to nie podniecenie, zastrzegam, by być dobrze zrozumianym), że pokazanie wzajemnej intymności, namiętności, radości z robienia sobie dobrze dwojga młodych ludzi uważam za rzecz na swój sposób piękną. Z jednej strony zwyczajną, ale z drugiej – wcale nie taką łatwą do osiągnięcia. Wielu ludzi ma w sferze erotycznej zachamowania, obawy. Bohaterowie ich nie mają. Cieszą się sobą bez lęków i kompleksów – to uważam za główną treść i zaletę tego filmu. Proszę mi pokazać polską produkcję, która radzi sobie z takim tematem równie swobodnie i bez ucieczek w symbolizm (nie oglądam dużo polskiego kina, więc nie wiem).

Przy okazji, sprowokowany wizytą na redtube, postanowiłem poszukać  jakiejś alternatywy dla wulgarnych pornusów. Znalazłem zjawisko o nazwie porno feministyczne (lub po prostu porno dla kobiet), o którym można poczytać np. tu. W Holandii powstał kanał telewizyjny DuskTV, który nadaje nie porno, a porna – czyli odmianę zorientowaną na kobiecą widownię (krótki opis w Wyborczej). Ładną stroną jest Femmerotic. Jeżeli ktoś szuka konkretnych produkcji, może zacząć od The Fifth Annual Good For Her Feminist Porn Awards. Filmy (i książki) na dobrym poziomie robi Erika Lust – zainteresowanym erotyką, cielesnością i feminizmem polecam jej blog. Zbiór filmów na dobrym poziomie, hispanojęzycznych, znaleźć można na blogu Descomposed. Są tutaj filmy nie tylko ero/pornograficzne (m.in. Eriki Lust), ale także ciekawe, krytyczne dokumenty o współczesnym biznesie porno, o seksoholizmie. O męskiej i kobiecej seksualności, o menstruacji, o zjawiskach sadomasochizmu i fetyszyzmu. Czy pracownicy TVP coś kiedyś słyszeli na te tematy? Halo! Jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć trochę ładnej i odważnej golizny na zdjęciach – proponuję blog Bend Me Over (to, że prowadzi go dziewczyna, dziwi wielu: Are you a girl? – Yes, I’m a girl. Why do I keep getting this question?).

W 9 songs pada zdanie, które można zadedykować przyzwoitkom obu płci – Tylko nieszczęśliwi ludzie źle tańczą. Seks jest rodzajem tańca, i jeżeli nie umie się współpracować, komunikować z partnerem – taniec kuleje. Tak zwane zdrowe publiczne zależy również od tego, czy ludzie nauczyli się odkrywać i szczerze realizować swoją seksualność. Libido jest potężną siłą. Dalajlama powiedział kiedyś (cytuję z pamięci), że zdarza mu się mieć erotyczne sny, z których budzi się mówiąc – Jestem mnichem! Czeski ksiądz Tomasz Halik powiedział z kolei (też z pamięci cytuję, więc mogę przekręcić), że udało mu się wytrwać w celibacie, ale odbyło się to kosztem tak wielkiego wysiłku, że zastanawia się, czy tej energii nie można by użyć w jakimś innym celu. Ci faceci mają klasę i stać ich na szczerość. Inni klasy nie mają i obmacują dzieci w zakrystii. Czy jest jakikolwiek sensowny powód (poza bajkową tradycją) wymagać celibatu od każdego, kto chce być kapłanem? Czy jest jakikolwiek powód, by kobieta nie mogła nim zostać? Dawkins podsumował to kiedyś na publicznym wystąpieniu, mówiąc, że kwalifikacją do bycia kapłanem jest najwidoczniej posiadanie penisa. Jako społeczeństwo musimy nauczyć się rozmawiać o seksualności. Dzieciom można wytłumaczyć co mają między nogami i że nie przyniósł ich bocian (o Wielkiej Księdze Cipek i Wielkiej Księdze Siusiaków wspominałem już kiedyś). Wstrzemięźliwość kwalifikuje się bardzo często jako jedną z dewiacji seksualnych. Z jakich powodów ludzka spontaniczna czułość i intymność oburza, a patetyczne sceny tortur i ukrzyżowania wzbudzają natchnienie? Nie rozumiem bigotów, nie zgadzam się z nimi i uważam, że ich wiktoriańska moralność szkodzi relacjom międzyludzkim, choćby promując fałszywe ideały odkupienia cudzych uczynków przez śmierć jednego człowieka w roli kozła ofiarnego.

Wiele wskazuje, że pruderia i udawanie, że libido nie istnieje, jest relatywnie młodym odkryciem kultury poddanej monoteistycznym wpływom:

The Sheila-na-gig was a craved representation of a naked woman squatting with her knees apart, displaying her vulva (…) Sometimes the figure appeared all over old Irish churches built before the 16th century, but Victorian prudery defaced or destroyed large number of them. (źródło cytatu)

Myślę, że za jakiś czas w kinie pojawią się (o ile już ich nie ma) sceny pieszczot homoseksualnych, bez owijania w bawełnę. I uważam, że jeśli będzie to odpowiednio subtelnie pokazane (tak, uważam „momenty” w 9 songs za uchwycone całkiem subtelnie) – stanie się bardzo dobrze (zdaje się, że coś udało się pokazać Agnieszce Holland w Całkowitym Zaćmieniu, ale ja go nie widziałem). Bi/homoseksualiści też mają prawo do swojej seksualności. A heterycy powinni mieć świadomość, że nie są jedyną opcją. (Ilustracja tego akapitu pochodzi z bloga anarchofeminist.)

Czas na wyjaśnienie pierwszej ilustracji. Choć oddaje ona istotę oburzenia widzów z filmweb (pieszczoty niech już będą, ale pod kołderką), prawdziwe jej znaczenie wyjaśnia autorka bloga The Mother’s Handbook:

Gynecologic examinations, and deliveries, were performed by a method known as “the Touch.” This magical technique involved the doctor examining the woman blind, often under her skirts, or covered by sheets. She might even have her face covered, as well, just to avoid any suggestion of sexuality from eye contact. The invention of the speculum by Recamier in 1801 (or re-invention, actually, since there are ancient references to a speculum-like instrument, and they were widely known in the Islamic world, but the French still claim the bragging rights) obviously caused a tad of consternation. (…) In 1851 he AMA condemned the speculum as embarrassing to women and hazardous for doctors’ status and reputation.

Status i reputacja – dyskretny fetysz bigotów. Ups. Naprawdę dziękuję, że los rzucił mnie do Polski pod koniec XX wieku. Żeby nie było zbyt mrocznie, na zakończenie tego wpisu proponuję sympatyczny obrazek, znaleziony na blogu Sex is not the enemy (na nim też znalazłem zdanie Whenever there’s a sex scandal, I feel sorry for sex., oryginalnie pochodzące z artykułu w The Nation).

Miłego dnia!

Tak zwany minimalizm, czyli co się ma i jak się z tego korzysta

Długo nic tu nie opublikowałem. W międzyczasie powstało naście szkiców, ale wszystkie irytowały mnie zbyt dużym stopniem zideologizowania. Tropienie religianctwa trochę mnie zmęczyło. Zaś życie pokazało się z trochę trudniejszej strony.

Dzisiaj jednak, zainspirowany polskimi blogami poświęconymi tzw. minimalizmowi, postanowiłem wrócić do swojego niezrealizowanego pomysłu i napisać trochę o moim „stylu życia” (cudzysłów dlatego, że nie cerpię tego zwrotu ;-).

Na początek oddam zadość statystyce, a więc remanent stanu posiadania:
– około 200 książek (jakieś dodatkowe zalegają na półkach znajomych), około 40 magazynów (periodyków),
– płyty muzyczne – 35 oryginalnych cd, około 230 przegranych cd, około 90 winyli,
– około 20 oryginalnych wydań filmowych dvd, około 200 przegrywanych,
– garderoba: 11 par butów (w tym 2 sandałów), 1 para kapci, 10 kurtek, 25 par spodni,
– swetry, bluzy i koszule policzyłem razem – 30,
– około 25 t-shirtów, kilkanaście par majtek, około 20 par skarpet
– 3 czapki, dwie chusty, dwa szaliki, dwie pary rękawiczek,
– 3 komplety pościeli, 3 koce, 4 ręczniki,
– w kosmetyczce: szczoteczka do zębów, pasta, mydło, jednorazowa maszynka do golenia, antyperspirant
– 4 plecaki, 3 karimaty,
– jedna szafa, regał, niska szafka, biórko, mały stół, stolik nocny, fotel, 2 krzesła, 4 lampy, kwietnik, materac do spania (część mebli z odzysku, np. ze śmietnika),
– 4 rośliny doniczkowe różnej wielkości (kaktus znaleziony na śmietniku),
– dupsy dekoracyjne: niewielki obraz, kilka pamiątek z podróży, parę kamieni (lubię bardzo), pojemniki na długopisy,
– komputer (i monitor), laptop, wzmacniacz, odtwarzacz płyt, gramofon, 4 kolumny (2 zepsute), dużo kabli (sprzęt grający to same szroty),
– suszarka na pranie, deska do prasowania, żelazko,  skrzynka + karton narzędzi (w tym sznurki, taśmy klejące, farby, pędze itp),
– rower i jedno zapasowe koło (samochodu brak, choć może pojawi się w tym roku (sic!)).
To wszystko zgromadzone w pokoju 4×5 m (przedstawiciele fauny – pająki).

Nie wliczyłem tutaj gratów kuchennych, które są wspólne (ale – mam 9 par japońskich pałeczek zastępujących czasem sztućce). Większość ciuchów (na oko 80%) pochodzi z drugiej ręki. Butów używam zdecydowanie wielosezonowo (na ogół 3-5 lat), najstarsze mają 12 lat.

Tak to wygląda, oczywiście bez drobiazgowej skrupulatności.
A czego brak zauważają u mnie (a raczej u nas) goście:
– telewizor
– lodówka.

Brak lodówki wynika pośrednio z decyzji domowników ( trzyosobowa komuna) o niejedzeniu mięsa. Nabiał kupujemy w małych ilościach i od razu znika. Masło nawet latem wytrzymuje 2 dni. Smakowo ma to ten plus, że produkty konsumujemy w miłej dla podniebienia temperaturze (schłodzony ser czy masło – brrrr). Jajka (tylko zerówki lub jedynki, albo undergroundowe od koleżanki ;-) wytrzymują parę dni w normalnej pokojowej temperaturze.

Mamy w ogrodzie kompostownik. Trafiają tam wszystkie odpadki organiczne z kuchni, torebki z herbaty a także efekt zamiatania podłogi (kurz, piasek etc) oraz czasem inne makabryczne ciekawostki, jak np. włosy po scięciu… Dżdżownice i mikroorganizmy pracują na medal. Nasz kompostownik jest nieestetyczny i sąsiedzi nie patrzą w jego stronę ;-) Samo utrzymywanie kompostownika wymaga np. zakupienia wideł, do okresowego przewietrzania i przerzucania, więc też jest kłodą pod nogi ideologicznych minimalistów, którzy mogą sobie pozwolić na komfort nieposiadania pewnych przedmiotów, bo niektóre prace wykonują za nich inni ludzie (na przykład pozbywanie się śmieci).

Staramy się robić jak najmniej zakupów w sieciówkach i supermarketach (choćby dlatego, że drenują pieniądze gdzieś hen). Alkohol – piwo raczej niepasteryzowane i z małych browarów (np. Żywe). Wino – po wakacjach spędzonych we Francji, nie kupuję wina produkowanego masowo. Tylko z małych niezależnych winnic (np. ze znacznikiem Vigneron Independant). Takie wina w Polsce kosztują od 40 zł, ale piję je tak rzadko, że postanowiłem wspierać samodzielnych winiarzy nie tylko dobrym słowem. Innych alkoholi nie kupujemy prawie wcale.

Ponieważ segregujemy odpadki (szkło, plastik, makulatura, organiki) – samych śmieci (wywożonych przez MPK) produkujemy bardzo mało. Jednak kolekcja butelek, słoików, torba pełna plastików i sterta makulatury rażą estetów ;-)

Czy czuję sie do czegoś emocjonalnie przywiązany? Tak, głównie do książek i płyt muzycznych. Na pewno jest w moim podejściu do słuchania muzyki coś zachłannego. Świadczy o tym na pewno rosnący zbiór empetrójek na dysku. Książek też przybywa więcej niż czytam. Jest to jakaś oznaka biegunki mentalnej. Jeśli chodzi o wydawanie pieniędzy na muzykę… postanowiłem częściej kupować płyty tych artystów, których twórczość najbardziej mi się podoba.

Czy zatem to wszystko spełnia wymogi owego minimalizmu? W paru miejscach na pewno nie. Nie ma to znaczenia.  Minimalizm jako taki niekoniecznie mnie interesuje, szczególnie w swoim estetycznym wydaniu. Ważna jest pewna perspektywa, którą jego założenia proponują. Ważni są ludzie, którzy poprzez minimalizm znajdują i realizują ciekawe wątki w swoim życiu. Ludzie mnie interesują, ideologia – bardzo mało.

Bezpośrednią inspiracją do napisania tego tekstu była lektura tych blogów, za co autorkom i autorom dziękuję:
Minimalistka
Efekt Halo
Neominimalizm
Becoming minimalist

Na koniec parę zdjęć:

Kartony przydają się w wielu momentach, tutaj jako stolik nocny

Wnętrze doniczki z kaktusem po mocniejszym podlaniu

Czasem tak wygląda obiad (ryż, soczewica, glony, kiszona kapusta)

Lub tak (seler, groch, czerwona kapusta)

Często gotujemy warzywa na parze

Zapasy kuchenne

Zimą trochę skromniej

Blat kuchenny latem

Sałatka z kapusty i pojemnik na odpadki organiczne

Kompostownik po stopnieniu śniegu, widok nie do zaakceptowania przez zwolenników układu "tuja + trawnik"

Kompost z bliska - powoli powstaje humus

Dżdżownice skolonizowały wyrzuconą kapustę

Sadzenie kartofli było złym pomysłem - zwabiły dziki