Category Archives: Symbole

Pasja przemocy

Kiedy świat dowiedział się, że Andreas Breivik istnieje, publicyści polskiej prawicy wylali morze atramentu, by nam pokazać, że on z prawicą (a z nim prawica) nie ma nic wspólego.

Wybrałem się na sieciowy spacer po witrynach i zebrałem trochę wyśmienitych obrazków, które pokazują głęboką niechęć brunatnych do używania przemocy:

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Zmieniaj rzeczywistość za pomocą broni palnej,wsłuchaj się w kanonadę narodowego romantyzmu, walka trwa!.

Reklamy

Kraksa z pogłosem

Podczas ostatnich tygodni wydarzyło się wiele, ale też żadnej z sytuacji potencjalnie owocnych nie umiałem przelać do bloga. Czegoś brakowało.

Byłem na pogrzebie wujka, widziałem ziewającego organistę w momencie gdy ksiądz z wytrenowaną godnością okadzał trumnę z lewa, a następnie z prawa. Ludzie komentowali wzruszeni – taka piękna ceremonia. Chyba tego właśnie szukają. Wytrenowanych gestów, które powinny zaspokoić niezgodę na przypadkowość egzystencji.

Potem w wypadku lotniczym zginęli urzędnicy państwowi, wraz z przyległościami wojskowymi, dyplomatycznymi i rodzinnymi. Na hasło „Katyń” wszyscy ochoczo wpakowali się do starej puszki.  Niedługo potem okazało się, że Wawel wart jest śmierci. W międzyczasie dziennikarze i spece od mediów (nie wiem ile było wyjątków) zapisali się dobrowolnie i z wypiekami na twarzy uczestniczyli w ćwiczeniach z lamentu i mitologizacji. Okazało się przy okazji, że wielu Polaków żyje w przestrzeni poza czasem i rok 1940 jest całkiem obok 2010. A pasażerowie feralnego Tupolewa nie zginęli lecz polegli. Co niektórzy nie mogli się powstrzymać, by nie przypomnieć zmarłego parę lat temu Jana Pawła II, albowiem w logice umęczonego lamentem Polaka, istnieje magiczna korelacja między morderstwami na Polakach w Katyniu, wypadkiem samolotu pod Smoleńskiem, rocznicą śmierci Wojtyły i koniecznością istnienia Polski jako pępka świata, który obraża się, jeśli z innych stron globu nie napływają zapewnienia o głębokim szacunku dla naszej wyjątkowości. Inni nie mogli nie policzyć, które kraje świata o nas pisały na których stronach swoich dzienników. Strony te, zreprodukowane, są dowodem, że świat o nas rzekomo pamięta i okazuje nam współczucie, choć nie bardzo wiadomo co to naprawdę oznacza i jak się przekłada na przyszłe współistnienie.

Czemu Pierwsza Dama i Prezydent, czyli najbardziej reprezentatywny urzędnik z małżonką, w ostatnią podróż załadowani zostali na armatę, tego nie wiem. Jedno jest pewne – łatwiej jest wepchać trumnę pod Wawelską górkę niż zastanowić się, czy ma to jakiekolwiek znaczenie. I dla kogo.

Zapłakany bełkot socjety polityczno-medialno-kościelnej mnie przeraża. Przypadek i dziadostwo – to widzę tam, gdzie jeden z purpuratów widział  „tajmnicę krzyża świętego” czyli w mielonce roztrzaskanego samolotu z ciałami. Na odtrutkę słuchałem rewelacyjnej płyty Bela Pupa Kory i Pudelsów. Dla mnie to był odświeżający komentarz. Rysunek Gienia, czego tu nie ma… Polecam.

Jako punkt odniesienia, jak się zagalopowaliśmy w uwielbieniu i namaszczeniu osób sprawujących funkcje publiczne, pracujących za nasze pieniądze, przytoczę anegdotkę kolegi, mieszkającego w Norwegii. Otóż tamtejszy premier (obecny lub poprzedni, nie wiem) jest zapalonym turystą i z chęcią spędza czas wolny na szlaku. Zdarzyło sie podobno w Wielkanoc, że  zachodząc pod wieczór do schroniska, zastał wszystkie łóżka zajęte. Położył się więc (i dwójka jego kompanów – ochroniarzy) do snu na karimacie na podłodze, obok Holendrów, którzy podobno pytali rozbawieni – naprawdę nas nie wkręcasz, że jesteś premierem? Wyobraźcie sobie Millera, Kaczyńskiego lub Tuska leżących w śpiworze na deskach schroniska. I zapytajcie – w jakim kraju żyjemy?

Co jest takiego atrakcyjnego w kulcie trupów, że poświęca się im tyle czasu? Nie widzieć aktualnego czasu – to jest chyba głównym celem. Na pochybel z teraźniejszością, ustawmy się lepiej w kolejce do jakiejś sławnej trumny – by dotknąć ją i wpominając to następnie przez lata, udawać że czegoś jednak dokonaliśmy w życiu i z tego tytułu należy się nam wiekopomny szacunek.

Jednak mimo wszystko nie chciałem o tym pisać. Życie jest gdzie indziej, tylko za mało mu się przyglądam.

Profesor od miłego Boga i inni

Niepierwszej świeżości wywiad z Ryszardem Legutką (wytłuszczenia moje).

Spodziewał się Pan, że w Polsce ktoś zażąda zdjęcia krzyży ze ścian w szkole?

Ryszard Legutko: Oczywiście, oczekiwałem. Zastanawiałem się tylko, gdzie się zacznie. Nie przypuszczałem, że w moim okręgu wyborczym.

Jakie to przykre, świat jest taki nieprzewidywalny. Nic tylko współczuć, że trafiła się europosłowi taka okazja do lansowania specyficznych poglądów, z której on oczywiście bardzo nie chciał skorzystać, bo to tylko taka uczniowska zadyma, jak czytamy dalej:

Mnie się wydawało, że uczniom jest obojętne, czy krzyże wiszą w szkołach, czy nie.

RL: Większości jest. Myślę, że jest to obojętne także tym, którzy ten wniosek złożyli. Ponieważ wcale nie chodzi ani o krzyż, ani o Jezusa Chrystusa, ani o prawdziwość objawienia, ani nie chodzi o kwestię konstytucyjną. Tak naprawdę chodzi o zadymę. Rozpuszczeni smarkacze czują się kompletnie bezkarni. To jest typowa szczeniacka zadyma. Przy czym za zadymę to człowiek bywa – jak chodzi do szkoły i szkoła jest dobra – karany. Czyli ponosi konsekwencje. Natomiast oni są kompletnie bezkarni, ponieważ cała tzw. postępowa opinia publiczna będzie za nimi.

Jak rozumiem, wszelkie akcje uczniowskie, spontanicznie afirmujące prawdziwość objawienia byłyby mile przez europosła widziane. Szczególnie w jego okręgu wyborczym. Ale skoro nie chodzi o Jezusa Chrystusa, to musowo cały pomysł jest szczeniacki. Pisanie petycji w sprawie dwuznacznych symboli na ścianie jest dla europosła, profesora, byłego ministra edukacji, zadymą, która doprasza się kary.

R.L.: Młodzi mają to, co najbardziej lubią: jest zadyma, oni są bezkarni, a przy tym mają poczucie, że walczą ze strasznym smokiem, którego sami sobie wymyśliliśmy.

Tego smoka nie ma?

R.L. Gdzie jest ten smok, na miły Bóg?

Gdzie jest ten Bóg, na miły smok?

Ninejszym postanawiam przyznać panu profesorowi zaocznie medal Miłego Smoka. Tak generalnie – za maniery i dobre samopoczucie.

W sprawie krzyży w szkole odbyła się debata. I podczas niej na nagrodę zasłużył też ksiądz Wojciech Zięba, szkolny katecheta. Wg Gazety Wyborczej najpierw dworował sobie z przeciwników, a na zakończenie debaty wręczył Zuzannie Niemer wielkiego różowego pluszowego misia. Jej koledzy dostali po pistolecie na baterie. Widać, że pilnie uczy się od Palikota.

Tomasz Terlikowski też miał głos: To chrześcijaństwo stworzyło Polskę i Europę. Czy w Iraku lub Iranie taka debata byłaby możliwa? A może chcielibyście żyć w Chinach, państwie neutralnym światopoglądowo?

Czyli – cieszcie się, że was nie bijemy, bo moglibyśmy tak jak w Iraku czy Iranie.

Chrześcijaństwo samo nie stworzyło Europy. Kultura naszego kontynentu zależy również od silnego nurtu ignorującego lub kwestionującego chrześcijaństwo i inne wierzenia. Właśnie dzięki temu Europa nie jest Arabią Saudyjską. Europa to jest także mój opór wobec symbolicznego poddaństwa i nadużywania autorytetu.

Nieustająca melancholia pod krzyżem

Kilka słów kościelnego hierarchy, które utrzymują wśród słuchaczy poczucie zagrożenia i pielęgnują ulubiony mit oblężonej twierdzy – ostoi dobrych manier,  pożywnej duchowej kuchni i skutecznych recept na życie.

Bez gotowości pojednania i przebaczenia, którego symbolem jest krzyż, wydaje się Europę na pastwę duchowej pustki i zagubienia, która nierzadko rodzi przemoc i walkę – mówił w homilii ks. abp Henryk Muszyński, nowy Prymas Polski.

Krzyż symbolem pojednania i przebaczenia? Jeśli ktoś bardzo chce i potrzebuje – w zasadzie nie mogę powiedzieć, żeby mi to wadziło (co na to Maurowie, Indianie bądź Żydzi?), ale… to tylko stara melodia o upadku cywilizacji, utrzymywanej na powierzchni podobno jedynie dzięki tzw judeochrześcijańskiej spuściźnie.  Każdy widzi to co chce. Chciałbym tylko, by wskazał mi ksiądz, lub któryś z jego słuchaczy, czasy wolne od pustki i zagubienia ;-)

Każde prawo potrzebuje dopełnienia przez miłość, której symbolem jest właśnie krzyż – podkreślił ksiądz Prymas.

Czy ktoś może mi wytłumaczyć, co to właściwie znaczy? Jak ksiądz Prymas sobie wyobraża to dopełnienie prawa przez miłość? Trochę dziwi mnie ta mania odmieniania słów miłość, dobro, współczucie czy prawda przez wszystkie przypadki i wkładania ich w dowolne konteksty, byle tylko zbudować wrażenie o szczytnych intencjach autora. Moim zdaniem to efekt długich spacerów po świecie platońskich idei. Fajnie, żeby ludzie byli dla siebie, powiedzmy, dobrzy – ale tego nie osiągnie się poprzez promocję krzyża w piekarniach i gabinetach stomatologicznych ani posągów Buddy w rozlewniach wody mineralnej. To można osiągnąć choćby nakłaniając ludzi do rozmowy, ale nie powinno się ich wcześniej szczuć historiami o zagrożeniu ze strony tych onych, co to w Jezusie na krzyżu miłości nie widzą.

Dogadać się z symbolami

Czerwone światło przy drodze.

Czy zatrzymujemy się na czerwonym świetle dlatego, że oznacza stop?

Czy raczej czerwone światło oznacza stop tylko dlatego, że się umówiliśmy, że się przed nim zatrzymamy?

Z tego właśnie powodu nie szukam Absolutu, bo wiem, że znalazłbym go właśnie tam, gdzie uprzednio założyłem jego obecność. Nie chcę złapać się na wierze w nadnaturalne pochodzenie znaczenia czerwonego i zielonego światła na drodze do warzywniaka.

Nie ma krzyża, Ściany Płaczu, stupy, gestu czy książki, której znaczenie nie byłoby przez kogoś dwunożnego wcześniej założone. To nie jest wcale odkrywcza myśl, jest wręcz nieco banalna, ale w emocjach łatwo się o tym zapomina.

Krzyżofilia i podobne

W Wiśle w szkolnych klasach krzyży nie ma. „Wynika to z szacunku dla samego krzyża, a także z poszanowania dla wielowyznaniowości naszego miasta” – powiedziała Wyborczej Maria Paszek, wicedyrektorka jednego z wiślańskich liceów.

Co wynika z krzyża wiszącego na ścianie? – moim zdaniem nic. Jest to deklaracja podobna do tagowania murów sprajem, czy noszeniu klubowych szalików, naszywek na plecaku etc.

Jest to chęć manifestacji i czasem również wiara, że taki przedmiot, jak amulet, coś zmienia, coś potrafi.

Powodzenia.

Piękny gest – umrzeć

Znalazłem na pewnym forum:

bo Chrześcijanie wierzą, że przez własną śmierć odkupił Ich grzechy i popełnił piękny czyn: umarł dla ludzkości.

(pisownie oryginalna)

Jak rozumiem, chodzi o to, że żywy człowiek mniej może dać ludzkości niz martwy. Wygodniej czci się zwłoki i pamięć o nich, niż współpracuje z żywym człowiekiem. Może choćby dlatego, że współpraca oznacza kompromisy, a kult – jest próbą zabetonowania mitu.

W Polsce kult trupa trzyma sie mocno i dla wielu jest okazją do wznoszenia wzniosłych deklaracji. Co widać choćby przy okazji rozmów o Powstaniu Warszawskim. Grek Zorba krzyczał: Jaka piękna katastrofa! Czci sie dowódców za to, że skutecznie sprowokowali Niemców do jeszcze większego bestialstwa i niszczenia.

Na mnie za młodu też wypróbowano ten emocjonalny szantaż – Jezus umarł także za twoje grzechy! Bardzo dziękuję. Chciałbym powiedzieć jasno i wyraźnie – uważam, że śmiercią nie można nic odkupić. Nie potrzebuję kozła ofiarnego, który poświęca się za moje osobiste błędy i niedomagania. Nigdy nie zgodzę się z próbą perswazji, że ktoś miałby umrzeć dla mnie.

Kamienie rzucane przez Boga na szaniec? Ktoś sobie schlebia.