Category Archives: Religia

Pasja przemocy

Kiedy świat dowiedział się, że Andreas Breivik istnieje, publicyści polskiej prawicy wylali morze atramentu, by nam pokazać, że on z prawicą (a z nim prawica) nie ma nic wspólego.

Wybrałem się na sieciowy spacer po witrynach i zebrałem trochę wyśmienitych obrazków, które pokazują głęboką niechęć brunatnych do używania przemocy:

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Zmieniaj rzeczywistość za pomocą broni palnej,wsłuchaj się w kanonadę narodowego romantyzmu, walka trwa!.

Reklamy

325 triathlonów siostry Madonny

Triathlon, czyli trójbój, to zestaw trzech odcinków, pokonywanych wpław, rowerem, a na końcu biegiem. Konkurencję tę rozgrywa się na różnych dystansach. Np. podczas olimpiady zestaw to 1,5 /40 /10 km. Tzw. Ironman triathlon to odpowiednio 3,9 /180 / 42 km, z limitem czasu 17 godzin.  Madonna Buder, katolicka zakonnica, zaczęła trenować w wieku 48 lat. Urodzona w 1930 r., ma obecnie na koncie 325 triathlonów, w tym 36 klasy Ironman.

Siostra Madonna należy do zgromadzenia „Sisters for Christian Community”, organizacji założonej po II Soborze Watykańskim. Artykuł w Time tak streszcza jej ogólne założenia:

The S.F.C.C. has no mother general, much less a mother house, since it owns no real estate. Each sister makes a home for herself, sometimes shared with one or two other members, finds her own job and pays her own taxes. Each writes a private commitment to Christ instead of taking formal vows. None is required to wear a habit or any other religious symbol. Many, however, (…) wear crucifixes or other emblems of the profession.

The Sister Fund, portal, którego ambicje wyraża motto „Women Transforming Faith – Faith Transforming Feminism…”, pisze:

Sisters for Christian Community–a self-governing, independent group not subject to Vatican oversight, but recognized by the Vatican as an alternate form of Catholic sisterhood.

Cytat pochodzi z artykułu „Nuns on the run: Why is the Pope targeting women?„, opisującego mocną reakcję Watykanu na inicjatywy podejmowane przez niektóre zbyt niezależne zakonnice amerykańskie. Jak każda biurokracja, poświęca on sporą część swoich wysiłków na utrzymanie status quo sfery wpływów i ochronę fasadowego wizerunku.

Using the same procedure it so belatedly imposed on priests who sexually assaulted children, the Vatican is investigating nuns who supported social justice.

Można powiedzieć, że analogiczną reakcję wywołał swego czasu ruch książy robotników (głownie we Francji), którzy poszli pracować w zakładach przemysłowych, żeby być bliżej ludzi. Konsternację Watykanu wywołały choćby przypadki wstępowania tych kapłanów do komunistycznych związków zawodowych. Tak tamtą sytuację kwituje ks. Andrzej Przybylski:

Okazało się, że w wielu przypadkach to nie księża przemieniali robotników, ale robotnicy zmieniali księży. (…) Nie uważam, że najlepszym lekarstwem na ewentualne lenistwo kapłanów jest posłanie nas do świeckiej pracy.

W tym poglądzie wyraża się strach organizacji – tracimy wpływ na ludzi, ludzie zyskują wpływ na nas. No i musielibyśmy zmienić styl życia.

S.F.C.C. nie jest jedyną organizacją, która poszukuje nowej formuły dla życia zakonnego (o ile zakon jest tu dobrym określeniem). Artykuł w Time wspomina o Siostrach Loretto:

Loretto nuns have broadened their definition of community to include men and married couples as well as non-Catholics. But since the Lorettos are still under the authority of Rome, these lay people, called „co-members,” take no vows and thus are not officially part of the congregation. The sisters no longer make vows of poverty, chastity and obedience in the old formula, but write their own expressions of dedication, which retain the essence of all three vows. „Poverty,” says Sister Luke, „should mean detachment, not dependence. Obedience should be to the needs of people, and to the community, not just to superiors.

Samodzielność w sprawach ubioru, w podejmowaniu decyzji, elastyczność w dobieraniu metod pracy (Madonna Buder dedykuje swoje starty w zawodach konkretnym celom charytatywnym, na które zbiera pieniądze) wykraczają poza stereotypowy obraz katolickiej zakonnicy, szczególnie w Polsce. Jednak wachlarz zjawisk religijnych w Stanach jest znacznie szerszy, niż to do czego jesteśmy przyzwyczajeni w naszej okolicy, zdominowanej przez wojtylianizm i katolicyzm narodowy. Amerykanka Margaret Traxler kwestionowała monolityczne stanowisko Watykanu w sprawie aborcji (cyt. za Wikipedią):

In 1984 Traxler was one of 24 nuns who signed their names to a New York Times advertisement stating that there was more than one Catholic position on abortion. Traxler upheld the church’s teaching opposing abortion, but believed each woman had a right to make the choice for herself.

Brzmi rewolucyjnie? Może dlatego, że nie jesteśmy przyzwyczajeni do brania odpowiedzialności we własne ręce i za swoje czyny i wybory (szczególnie w sprawach zachaczających o religię). A to oznacza, że nie atakuje się innych ludzi dogmatami, tylko daje im mozliwość samodzielnego podejmowania decyzji, nawet jeśli my te decyzje uważamy za błędne. Podczas gdy Tomasz Terlikowski uprawia scholastyczną statystykę i notuje pilnie, ile zarodków ginie podczas zapłodnienia in vitro, niektóre amerykańskie zakonnice bez kompleksów zrzucają habity i wchodzą między ludzi i ich codzienność.

Religia, która zanurza się w życiu, sprywatyzowane sposoby wyrażania religijności to koszmar dogmatyków. Zakonnica w stroju sportowym, która obejmuje się z topless facetem to czkawka dla bigotów.  Kobieta, która sama pracuje na swoje utrzymanie, trenuje swoje ciało i podejmuje fizyczne wyzwania jest dla mnie znacznie bardziej wiarygodna od biskupa, który nie znajduje pół godziny, by pozamiatać chodnik przed swoim domem. Nie wiem w co dokładnie wierzy Madonna Buder. Może mieć inne niż ja poglądy na temat Myszki Miki czy wniebowstąpnia – nie ma to wielkiego znaczenia. Przekonuje mnie jej postawa.

Madonna Buder (w wieku 77 lat) na starcie triathlonu

Stąd do absolutu i z powrotem. Wielki bieg Terlikowskiego

Doktor filozofii, spiritus movens wielu twardokatolickich inicjatyw medialnych, Tomasz Terlikowski rozmawiał z Grzegorzem Sroczyńskim z Wyborczej („Polska ustami Boga” Duży Format, 14 IV 2011). Cytuję:

TT: Wcale nie chcę! (żyć w państwie katolickim – dop. mój). Mnie najbliższa jest recepta, którą przedstawił kardynał Ratzinger: lekarstwem na nihilizm, brak wartości jest to, żeby politycy – wierzący i niewierzący – zaczęli działać tak, jakby Bóg istniał. Jakby prawo i moralność nie były zależne wyłącznie od konsensusu między ludźmi. Musimy mieć fundamentalne wartości, które nie podlegają głosowaniu.

GS: Jednak to w Europie już mamy: Deklaracja praw człowieka, na wskroś chrześcijańska. Nie krzywdź drugiego. Pomagaj.

TT: Ale tam nie ma absolutu.

GS: No i dobrze, bo żyjesz w świecie, w którym jedni wierzą, inni nie.

TT: Źle. Bo żeby rzeczywiście te prawa egzekwować, to trzeba w wymiarze świeckim przyjąć, że jest absolut, gwarant tych wartości.

GS: Ale po co?

TT: Bo bez tego to jest niewiele warte. Dziś możemy się umówić tak, jutro – siak. Umowę zawsze można zmieniać. Przegłosować sobie inne wartości. Świat bez wartości, dla których ludzie są gotowi umrzeć, jest jednocześnie światem bez wartości dla których warto żyć (podkreślenia moje).

To fascynujące, że można tak lobbować na rzecz platońskich niebieskomigdałowych idei. A może nawet nie tyle samych idei, co materialnych do nich odniesień – bo w gruncie rzeczy do tego się sprowadza zapisanie w jakimś dokumencie „odniesienia do absolutu”. Pięknie jest wytykać innym nihilizm, podczas gdy samemu jest się pod pewnym względem nihilistą – bo Terlikowski prawie wcale nie wierzy innym ludziom, nie ma do nich prawie wcale zaufania. Nie wierzy, że ich pomysły i robota (pogardliwie nazwana głosowaniem) ma jakiś sens. Jest to nihilizm ignorowania ludzkiej, przyziemnej rzeczywistości, na rzecz literackich i abstrakcyjnych fantazji.

Panie Tomaszu, ja też wierzę w absolut – niewyczerpany absolut ludzkiej głupoty. I dlatego, w tym zmiennym świecie, gorąco popieram nasz (ludzki) wysiłek dochodzenia do pewnych standardów, bez prób dodawania im splendoru metafizycznymi odwołaniami. Trzymajmy się tego co pewne jest dla wszystkich – skończonej egzystencji i tego, że warto podejmować wyzwania by ograniczać cierpienia ludzi i innych istot. Mi to wystarcza. Proszę mnie nie szantażować śmiercią ani Bogiem politycznym z recepty Ratzingera.

Napominanie o wartościach dla których warto umrzeć to bełkot. Raz, że to rzucanie słów na wiatr, bo nie widać (na szczęście!) żeby się redaktor Frondy do tego rwał. Po drugie – jest to kultywowanie śmierci jako najlepszej rzeczy jaką można zrobić w jakiejś sprawie (kompleks powstańczy się kłania). Po trzecie – rodzi głupią wymówkę dla posyłania ludzi na śmierć – że to za wartości. Nie bardzo wiem, za jakie wartości giną Polacy w Afganistanie i afgańscy cywile. Wiem za to, za jakie wartości giną talibowie. Za podobne (uogólniając, i pewnie nie wszyscy, bo część zwyczajnie broni ojczyzny) co żołnierze Wehrmachtu – za Gott mit Uns, czyli po ludzku „nasze jest lepsze od waszego”. Niestety, panie Tomaszu, o pięknie umierania za wartości z talibami znajdzie pan wspólny język. I po czwarte – jest to granie na emocjach, szantażowanie ostatecznymi wyborami, o których się mało wie a po których nie zostaje wiele prócz trupa i ludzi, którzy z nim zostali i dalej muszą żyć sami. W swojej retoryce Terlikowski zapomniał, że życie też jest wartością (ta sama postawa ujawnia się zwykle przy wspominaniu powstań, np. Warszawskiego – słyszymy mantrę „umarli za Polskę”. A nie mogli spróbować za nią żyć?).

Oczywiście, zdarzają się przypadki, które podchodzą pod określenie „śmierci za wartości” i które trudno kwestionować. Tak umierały niektóre ofiary reżymów (w historii trudnych do zliczenia, w tym Pinocheta- pupilka polskiej twardej prawicy). Samospalenia jako radykalny protest. Etc. Są to jednak przypadki tak skrajnie różne od tego, w jakich warunkach teraz żyjemy, że ustanawianie na ich podstawie jakiejś reguły jest nonsensem. W czasie bezpieczeństwa i pokoju chełpić się tym, że jest się gotowym umrzeć „za wartości” jest tylko populistycznym chwytem retorycznym. Czynów tzw. bohaterskich, radykalnie ryzykujących życiem, dokonywali na ogół ludzie skromni, którzy post factum często nie potrafią za bardzo o tym mówić. Jak się widzi ludzi w płonącym domu, to albo się wbiega by im pomóc albo nie, absolut tutaj nie ma nic do rzeczy, decyzja zapada w ułamku sekundy i nie zależy od światopoglądu czy preferencji politycznych.

Jednak najczęściej gadanie o wartościach w kontekście śmierci jest wspaniałym alibi dyktatorów w ich real-politik. Jest też wysoko energetycznym paliwem dla amokantów ogarniętych pasją niszczenia i zabijania.

TT: Czeski filozof i ksiądz Tomasz Halik zadał mi podobne pytanie: „W czym wy jesteście lepsi od nas – Czechów, ateistów? Nie ma u nas więcej przestępstw, nie pijemy więcej.” Odpowiedziałem: „To wszystko prawda. Ale proszę pomyśleć, co to by było, gdyby Polacy nie byli chrześcijanami. Kogo byście mieli za miedzą! Jeśli nawet przy pomocy łaski bożej jesteśmy tacy słabi, to bez niej bylibyśmy potworami”. Tak uważam. Być może Czesi łaski bożej nie potrzebują, żeby trzymać pion. A Polacy potrzebują. I chciałbym, żeby wiedzieli, że mają skarb. I pokazywali innym jaki to skarb.

Bylibyśmy potworami? Chciałoby się podsumować to odpowiedzią – nie sądź innych według siebie. To kolejny dowód na to, że Tomasz Terlikowski zasadniczo nie wierzy w ludzi. Znaczy w Czechów wierzy, ale chyba tylko dlatego, że mu ksiądz katolicki zadał pytanie pod włos. W Polaków nie wierzy, co oznacza, że dla niego Czesi od Polaków różnią się w sposób fundamentalny. Są inaczej skonstruowani? A może, tak nieśmiało podpowiem – różnica jest kulturowa? A jaki to niby skarb, z którego jest taki pożytek, że jesteśmy tacy sami jak inni (choćby Czesi)? Może to tyle, co guzik z pętelką? Więc co to za odezwa „pokazujcie innym jaki to skarb”? W pokazywaniu celują głównie dorobkiewicze. Jak ktoś jest czegoś pewien, nie musi się z tym obnosić. A może trochę skromności i niech raczej po owocach nas (Polaków) poznają?

Dalej, co z Polakami, którzy nie są chrześcijanami? Są potworami? Ciekawe, czy Czesi odczuwają tę różnicę, i kiedy nas odwiedzają widzą wyraźnie masy chrześcijan ze skarbem łaski bożej a pomiędzy nimi niechrześcijańskie potwory. Ehh, jest to pomysł na niezłe opowiadanie s-f…

Wracając do rzeczywistości:

GS: „Holocaust to pikuś w porównaniu  z masowym mordem na wielką skalę, który trwa obecnie”. To cytat z ciebie.

(…) TT: Pikuś jest niedobre. Zgoda. Wycofuję. Ale porównanie do Holocaustu podtrzymuję. Bo dla mnie jest ważniejsze, żeby te 42 mln (roczna liczba aborcji, którą podaje Terlikowski powołując się na WHO – dop. mój) ludzi żyły, niż żeby ktoś miał dobre samopoczucie. To nie jest spór o to, czy nam się dobrze i kulturalnie rozmawia, tylko o mordowanie ludzi.

GS: (…) Kolejny cytat z ciebie: „Za 80 mln dzieci które zginęły w czasie procedury in vitro, kiedyś odpowiecie” Jak to policzyłeś?

(…) TT: Nie powinno się używać terminu zarodek. (…) „człowiek na zarodkowym etapie rozwoju”.

Podobnie jak powyżej, Terlikowski brzmi dla mnie jak nihilista. Jest dogmatykiem, który nie widzi naszego świata, bo cały czas patrzy w niebo. Uważam zrównywanie ludobójstwa, zabiegów aborcji i zarodków z zabiegu in vitro za nihilizm. Negowanie istotnych różnic (ludobójstwo, aborcja, in vitro) dla uzyskania emocjonalnego, radykalnego efektu jest emocjonalnym szantażem.

GS: (…) Sędzia musi byc niezależny, od biskupa też.

TT: Jest katolikiem, a katolik nie uznaje rozwodów.

GS: Tomek, on tam orzeka świecki rozwód, nie kościelny. Co ma jedno do drugiego?

TT: Nie powinien uczestniczyć w orzekaniu o rozwodzie.

GS: Rozwody powinny być zakazane w Polsce?

TT: Tak.

Nie skomentuję.

GS: Po co tak pisać: „Małżeństwo zrównane ma być z konkubinatem i relacjami homoseksualnymi. A w dalszej perspektywie także z zoofilskim związkiem pana z kozą”. Pokazujesz gejów w kontekście obrzydliwym.

TT: Pokazuję tylko pewien proces. Że zaraz wszystko będzie wolno. Ale nie twierdzę, że te dwie rzeczy są tym samym.

Doktor filozofii podpiera się argumentem z równi pochyłej* i bez zażenowania bawi się w proroka. Cel uświęca środki – to sprawdzona zasada demagogii, tutaj przypadkiem ubranej w katolickie piórka.

* „Błąd równi pochyłej dotyczy takich rozumowań, w których dowodzi się, że uczynienie pierwszego kroku K1 (lub dopuszczenie do stanu rzeczy K1) zaowocuje koniecznością wykonania drugiego kroku K2 (pojawienia się stanu K2), to z kolei zmusi nas do kroku K3 i następnych, prowadzących w końcu
do skutków, które są bez wątpienia nieakceptowalne, nieetyczne, itd.”
Adw. dr Rafał Morek – Sztuka argumentacji

Postscriptum

Postanowiłem dodać jeszcze parę słów do powyższego wpisu, bo opowieści Terlikowskiego są obfitą kopalnią inspiracji. Jakością samą w sobie.

Odnośnie argumentu równi pochyłej, dodam, że jak mało który sposób argumentacji więcej mówi nam o człowieku, który go używa, niż o sytuacji którą miałby opisać. To samo dotyczy oczywiście „widzenia znaków”:

TT: Jak patrzę na naszą historię, to mam wrażenie, że Bóg chciał coś światu przez Polskę powiedzieć. Weźmy Faustynę i jej objawienia. Jest tam fragment, w którym Pan Jezus mówi, że z Polski wyjdzie iskra, która przygotuje świat na powtórne Jego przyjście.

GS: Strasznie megalomańskie.

TT: Bo w to nie wierzysz, więc się mądrzysz. Mam mówić dalej czy cię to nie interesuje?

GS: Interesuje.

TT: Jesteśmy krajem, który może się przyczynić do reewangelizacji Europy. I to jest właśnie nasza misja. Smoleńsk jest pewnym znakiem. Przypomina Polakom, że nie mają tak łatwo: tylko zarabiać, kupować, jeść i spać. Wzorzec wygodnego, fajnego życia nie do końca jest dla nas. Mamy zrobić coś więcej.

Pomińmy to, kto się mądrzy w tej wymianie zdań. Jak ktoś chce widzieć „znaki”, to je znajdzie (powiedz jakie widzisz znaki, a powiem ci kim jesteś). Faustyna, Rozalia Celakówna i Tomasz Terlikowski są skupieni na interpretacji religii wg narodowego klucza (Polska to, Polska tamto), nie tylko więc dopisują własne wątki do nauki Chrystusa (który kompletnie ignorował kwestie narodowe), ale również zdradzają po prostu swoje uwikłanie w Polskie sarmacko-romantyczne kompleksy (my inni od Zachodu i od Wschodu).

Poproszę jeszcze więcej Mickiewicza i Sienkiewicza czytanych na kolanach, jeszcze więcej obrony Jasnej Góry i przechodzenia przez Morze Czerwone.  To nam na pewno wyjdzie na zdrowie. Bóg chciał światu coś przez Polskę powiedzieć – skromniej się nie da! Jest to upierdliwe chlipanie neurotycznego bachorka: „patrzcie wszyscy jak się skaleczyłem w kolano”. Skupienie polo-katolików na rozpamiętywaniu realnych i wyobrażonych (Katyń 2010!) wypadków przybliża ich do szyitów, którzy podobnie mnóstwo energii wkładają w to, by pokazać innym, jak mocno cierpią przez stratę imama Hussaina. Wyobraźnia nie zna granic.

Cała rozmowa Tomasza Terlikowskiego z Grzegorzem Sroczyńskim jest tutaj.

Reinkarnacja, wędrówka mitów

Szczerze mówiąc, nie bardzo interesuje mnie temat reinkarnacji. Podejmuję go głównie dlatego, że spotykam się raz po raz z oczekiwaniem rozmówców, by przytaknąć pop-poglądom o wędrówce dusz – czego robić nie zamierzam.

Wieść gminna niesie: reinkarnacja polega na tym, że dusza (czy świadomość, czy co tam chcecie) Jana Kowalskiego po jego śmierci szuka sobie nowego opakowania i dostaje je wedle swych zasług – zwierzęce (jeśli grzeszył), kiepskie ludzkie (jeśli żył na pół gwizdka) czy sprawne i piękne (jeśli w poprzednich żywotach Jan Kowalski był uczynnym, skromnym i dobrym). Być może taki jest pogląd hinduizmu na tę kwestię, nie sądzę jednak by był do utrzymania w buddyzmie.

Wydaje mi się, że niektórzy ludzie zrobią wszystko by podtrzymać w sobie wiarę, że „nic nie dzieje się przypadkowo” zasadniczo mając ma myśli „nie bez przyczyny jestem piękny i zdolny”. Myślę, że niektórym schlebia fakt, że ich obecne ciało jest tylko przejściowym pojemnikiem na „coś” (dusza?) najbardziej w nich prawdziwego, na ich esencję. I śmierć pozwala tej esencji znaleźć nowe opakowanie. To oczywiście bardzo romantyczne. Pogląd taki pielęgnuje kult własnego istnienia, istnienia w postaci głęboko ukrytego, niewidzialnego pierwiastka „ja”, o które trzeba dbać robiąc dobre uczynki, żeby nie odrodzić się w Darfurze w obozie dla uchodźców.

Wynika to pewnie z ekonomii przyswajania informacji. Prościej jest przytaknąć wędrówce duszy przez cielesne opakowania niż zrozumieć Cztery Pieczęcie Dharmy i Cztery Szlachetne Prawdy, czyli słowa Buddy fundamentalne dla jego nauczania. Buddyzm wyklucza istnienie duszy, czy czegokolwiek podobnego. Trzecia pieczęć dharmy mówi: Wszystkie zjawiska są puste i nie posiadają jaźni „ja”. Jeśli „ja” nie istnieje – co w takim razie miałoby się odradzać?

Ja wstaję, ja jem, ja pracuję, ja kładę się spać. Oto wędrówka duszy (świadomości) przez 24 godziny ziemskiego czasu. Nazwę tutaj taki pogląd na życie zdroworozsądkowym. Niezbyt zdroworozsądkowy jest pogląd buddyjski, który mówi, że życie to ciąg przyczynowo-skutkowy i nie ma nic co by łączyło w nas jeden dzień z kolejnym, poza pamięcią naszych wrażeń z poprzednich dni i tendencjami do takich a nie innych wyborów w przyszłości. Życie jest jak kostki domina – jedna przewracając się popycha następną. Każda kostka jest osobno, łączymy je ze sobą naszą koncepcją „ja”, co jest źródłem mniej lub bardziej dosłownego cierpienia. Słyszałem kiedyś inną metaforę tego poglądu – kule bilardowe. Kula uderzając w inną przekazuje jej część swojej energii o pewnym wektorze, to wszystko. Nie ma sensu dorabiać teorii, że jakaś dusza kuli bilardowej wędruje z jednej bili do drugiej.

Zastanawia mnie też, że na ogół moi rozmówcy odnoszący się do ludowej wersji reinkarnacji mają duży kłopot, żeby zaakceptować koncepcję memów. Wędrówka duszy – brzmi uroczo, ale wędrówka jednostki informacji? Jakoś to mało sympatyczne! Niniejszym dedykuję im ten obrazek – Adolf Hitler reinkarnowany memetycznie w mongolskim stepie (źródło). W taki zaskakujący sposób realizuje się sen o Tysiącletniej Rzeszy.

 

 

 

 

 

 

Nie mam pod ręką przykładu, ale nieraz w literaturze buddyjskiej spotyka się sformułowania w stylu „robiąc to czy tamto, ryzykujesz odrodzenie w ciele małpy lub osła”. Pojawiają się na ogół w dawnych tekstach. Nie ma sensu rozumieć ich dosłownie, są pewnie raczej ukłonem w stronę folklorystycznego kontekstu odbiorców i skrótem metaforycznym niż jakkolwiek wiążącą opinią o rzeczywistości. Na pewno nie bardziej dokładną niż stwierdzenia typu „w sześć dni stworzył świat a siódmego odpoczywał”.

Poza wszystkim, posiadanie koncepcji reinkarnacji jest tak samo praktyczne, jak wiedza na temat nieba i piekła. Ani się na nich nie wyśpisz, ani się nimi nie najesz. Ludzie na ogół wkładają je sobie do butów, wierząc że dzięki temu będą trochę wyżsi.

Lalita Mohan, prześladowany człowiek-magnes

O męźczyźnie posługującym się nazwiskiem Swami Śjam Lalit Mohan G.K. aka Ryszard Matuszewski dowiedziałem się czytając informację w gazecie.pl. Wynika z niej, że ktoś w prymitywny sposób (m.in. pomówieniami o pedofilię) stara się zdyskredytować Dariusza Pietrka, który winny jest głównie temu, że pracuje w katolickim ośrodku informacji o sektach, wsparcia dla ich ofiar etc. Jedną z sekt, przed którą przestrzega to Himavanti. Jej kluczowa postać (jak wynika z lektury materiałów) to właśnie Ryszard Matuszewski.

Polecam odwiedziny na jego stronie – link. Podkreśla się tam ponadprzeciętne zdolności i dokonania Mohana. Czytamy więc:

Niezwykłe zdolności zauważył u siebie Ryszard Matuszewski. Okazało się, że potrafi przyciągać metalowe przedmioty. Ryszard nie jest zwykłym człowiekiem-magnesem, potrafi przyciągać nie tylko przedmioty wykonane z żelaza, ale również z aluminium, których magnesy raczej nie przyciągają. (…) Ryszard przyciąga łyżeczki, chochlę, a nawet żelazko.

I ten sympatyczny obrazek, który nawet skończonemu niedowiarkowi uświadamia z jak wielce duchowo rozwinętym człowiekiem mamy do czynienia, skontrowany zostaje z krwawym banerem, który kręci się w kółko na szczycie strony – „Lalit Mohan is brutally persecuted. Stop religious persecution in Poland”. O co chodzi? Polskie prawo zabrania mu przyciągać żelazka? Bynajmniej. Chodzi raczej o to, że sekta nie może zostać zarejestrowana w Polsce, bo jej statut jest niezgodny z konstytucją. Wyborcza pisze również:

Ryszard M. ps. „Mohan”, guru Himawanti, miał grozić Ojcu Świętemu zamachem. Pietrek został wtedy ekspertem Centralnego Biura Śledczego i pomagał agentom namierzyć „Mohana”.

Trudno wyczuć, na czym mogły polegać te groźby, czy były realne, czy Mohan oprócz przyciągania potrafi metalowe przedmioty odpychać od siebie z gwałtowną siłą i czy żelazko pchnięte siłą woli przebije się przez osłonę papamobile.

Ciekawsze jest to, że Mohana coś głęboko niepokoi, czemu daje wyraz w dramatycznych apelach i artykułach na swojej stronie. „SOLIDARNOŚĆ – Utajone narzędzie w rękach Szatana Diabła. Adam Darski ‚Nergal’ i zespół Behemoth – prześladowanie przez propedofilską mafię Ryszarda Nowaka i Jolanty Szczypińskiej z PiS. Ruch Effatha – Andrzej Wronka – Sekta Zła 666. Hitler-Mafia Opus Dei i dewianci z TVN UWAGA atakują wybitnego profesora.” Pod takimi emocjonującymi nagłówkami znajdują się również konkretne informacje:

Niebezpieczna zła sekta która dokonała uszkodzenia zdrowia Barbary L.  i zagraża realnie jej życiu to: Sekta Stowarzyszenie Na Rzecz Rodziny, Pl. Św. Jana 31a, 41-503 Chorzów kierowane przez: Katarzyna Augustyniak – prezes, Robert Gierek – zastępca prezesa, Teresa Szpularz – skarbnik, Barbara Dąbrowska-Soida – sekretarz, Dariusz Pietrek – członek zarządu.

Mohan walczy na wielu frontach. Nie tylko tam, gdzie zagrożone są wartości duchowe, ale i zasada domniemanej niewinności człowieka:

Wskutek kłamliwego fotomontażu w stylu propagandy goebbelsowskiej Polskie Towarzystwo Seksuologiczne dnia 26 luty 2010 zawiesiło prof. Lechosława Gapika w prawach członka i superwizora Towarzystwa i wycofało mu bezprawnie i bezpodstawnie certyfikat seksuologa klinicznego. Wnioskuje też do sądu koleżeńskiego o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego – poinformował poszczuty przez bandę dewiantów katofaszystowskich na profesora dr Andrzej Depko. (…) Profesor Marciniak chyba nie słyszał o obowiązującej w demokratycznym państwie prawa zasadzie „domniemania niewinności” przy wszelkich oskarżeniach i pomówieniach, szczególnie tych dokonywanych przez media brukowe!

Dla przypomnienia, sprawa prof. Gapika opisana jest w pigułce tutaj.

Warta przeczytania jest też odpowiedź Mohana na list jednego z dziennikarzy Rzepy. Nie będę cytował, jeśli ktoś ma chwilkę – polecam. Są to proste pytania i długie odpowiedzi w stylu „a u was Murzynów biją”.

Jeśli ktoś sądzi, że rozemocjonowany język, odmienianie katofaszyzmu przez wszystkie przypadki i wmawianie katolikom en masse pedofilii (a wszytko to na granicy manii prześladowczej) nie przyciągnie Mohanowi zwolenników, jest w błędzie. Polecam wizytę na stronie Krąg Uczniów. Znajdziemy tam listę tych, którzy złożyli „Ślub wiecznej wierności Śri Guru-Ji Lalita Mohan Babaji!”.

Interesuący jest również „Kodeks Pielgrzyma Drogi Duchowej”:

  • Przyprowadzanie nowicjuszy na zajęcia do aktywnych aćarjów i głoszenie Chwały Śri Gurudźi!
  • Bezinteresowne pomaganie w organizacji programów zajęć ze Śri Guru i Jego aćarjami (apostołami)!
  • Bezinteresowne pomaganie w pracy ośrodków (centrów) i świątyń autoryzowanych przez Śri Gurudźi!
  • Bezinteresowne pomaganie w organizacji i uczestniczenie w odosobnieniowych Czillach!
  • Przykładem własnym pokazywać jak się gorliwie wypełnia każde polecenie Śri Gurudźi (Mistrza)!
  • Arćana – Wielbienie Śri Gurudźi linii przekazu po kres tego żywota i w następnych wcieleniach!
  • Nie wolno UCZNIOM wątpić w BOSKOŚĆ Śri Gurudźi ani szerzyć oszczerstw o Śri Gurudźi!

Podoba mi się szczególnie nowe znaczenie słowa „bezinteresowność” – jest to najwidoczniej tylko ta praca, która przynosi pożytek organizacji, której się jest członkiem. Chyba nawet Hitlerjugend było bardziej bezinteresowne.

Niech zła karma (zły los) wszystkich aktualnie wiernych Uczniów Duchowych Śri Guru Lalita Mohan-Dźi zostaje przeniesiona na tych, którzy odeszli, zawiesili się lub sieją ferment wątpliwości! Hum!”

Uczniowie (Inicjowani) są zawsze wierni i posłuszni Śri Guru-Ji! Odstępców w chwili śmierci sfery piekieł pochłoną stosownie do stopnia inicjacji!

Tylko skończony dupek jest w stanie tak ohydnie wmawiać swoją wielkość innym ludziom. Ferment wątpliwości go boli, ciekawe. Można opowiadać bajki o „przeniesieniu złego losu na tych którzy odeszli”, ale słowa samego Mohana świadczą o tym, jak wplątał siebie i swoich akolitów w zły los ucieczki od rzeczywistości, w ezoteryczną bollywoodzką fantazję. Jako człowiek-magnes, Mohan ma idealne kwalifikacje do prowadzenia skupu złomu. Ludzi powinien zostawić w spokoju.

Panie Mohan, produkować tyle słów na własny temat, przyklejać sobie łyżeczkę do czoła i wymagać posłuszeństwa „po kres żywota”… trzeba mieć nierówno pod kopułą i ucieczka w indyjski folklor tego nie zmieni.  Kwalifikacje „duchowe” masz pan dokładnie takie jak ojciec dyrektor Tadeusz Rydzyk – samozadowolenie i pranie mózgu innym ludziom są sprawdzoną metodą.

Profesor od miłego Boga i inni

Niepierwszej świeżości wywiad z Ryszardem Legutką (wytłuszczenia moje).

Spodziewał się Pan, że w Polsce ktoś zażąda zdjęcia krzyży ze ścian w szkole?

Ryszard Legutko: Oczywiście, oczekiwałem. Zastanawiałem się tylko, gdzie się zacznie. Nie przypuszczałem, że w moim okręgu wyborczym.

Jakie to przykre, świat jest taki nieprzewidywalny. Nic tylko współczuć, że trafiła się europosłowi taka okazja do lansowania specyficznych poglądów, z której on oczywiście bardzo nie chciał skorzystać, bo to tylko taka uczniowska zadyma, jak czytamy dalej:

Mnie się wydawało, że uczniom jest obojętne, czy krzyże wiszą w szkołach, czy nie.

RL: Większości jest. Myślę, że jest to obojętne także tym, którzy ten wniosek złożyli. Ponieważ wcale nie chodzi ani o krzyż, ani o Jezusa Chrystusa, ani o prawdziwość objawienia, ani nie chodzi o kwestię konstytucyjną. Tak naprawdę chodzi o zadymę. Rozpuszczeni smarkacze czują się kompletnie bezkarni. To jest typowa szczeniacka zadyma. Przy czym za zadymę to człowiek bywa – jak chodzi do szkoły i szkoła jest dobra – karany. Czyli ponosi konsekwencje. Natomiast oni są kompletnie bezkarni, ponieważ cała tzw. postępowa opinia publiczna będzie za nimi.

Jak rozumiem, wszelkie akcje uczniowskie, spontanicznie afirmujące prawdziwość objawienia byłyby mile przez europosła widziane. Szczególnie w jego okręgu wyborczym. Ale skoro nie chodzi o Jezusa Chrystusa, to musowo cały pomysł jest szczeniacki. Pisanie petycji w sprawie dwuznacznych symboli na ścianie jest dla europosła, profesora, byłego ministra edukacji, zadymą, która doprasza się kary.

R.L.: Młodzi mają to, co najbardziej lubią: jest zadyma, oni są bezkarni, a przy tym mają poczucie, że walczą ze strasznym smokiem, którego sami sobie wymyśliliśmy.

Tego smoka nie ma?

R.L. Gdzie jest ten smok, na miły Bóg?

Gdzie jest ten Bóg, na miły smok?

Ninejszym postanawiam przyznać panu profesorowi zaocznie medal Miłego Smoka. Tak generalnie – za maniery i dobre samopoczucie.

W sprawie krzyży w szkole odbyła się debata. I podczas niej na nagrodę zasłużył też ksiądz Wojciech Zięba, szkolny katecheta. Wg Gazety Wyborczej najpierw dworował sobie z przeciwników, a na zakończenie debaty wręczył Zuzannie Niemer wielkiego różowego pluszowego misia. Jej koledzy dostali po pistolecie na baterie. Widać, że pilnie uczy się od Palikota.

Tomasz Terlikowski też miał głos: To chrześcijaństwo stworzyło Polskę i Europę. Czy w Iraku lub Iranie taka debata byłaby możliwa? A może chcielibyście żyć w Chinach, państwie neutralnym światopoglądowo?

Czyli – cieszcie się, że was nie bijemy, bo moglibyśmy tak jak w Iraku czy Iranie.

Chrześcijaństwo samo nie stworzyło Europy. Kultura naszego kontynentu zależy również od silnego nurtu ignorującego lub kwestionującego chrześcijaństwo i inne wierzenia. Właśnie dzięki temu Europa nie jest Arabią Saudyjską. Europa to jest także mój opór wobec symbolicznego poddaństwa i nadużywania autorytetu.

Kundera, kicz, religia

Pamiętam, że podczas lektury „Nieznośnej lekkości bytu” duże wrażenie zrobiły na mnie słowa Kundery o kiczu. Dziś je odnalazłem, dzięki Wikicytatom.

W chwili kiedy pojmujemy, że kicz jest kłamstwem, przestaje on być kiczem. Traci swą autorytatywną władzę i jest wzruszający jak każda inna ludzka słabość. Bo przecież nikt z nas nie jest nadczłowiekiem i nie może w pełni ustrzec się kiczu. Choćbyśmy nim nie wiem jak pogardzali, kicz przynależy do ludzkiego losu.
W krainie kiczu panuje dyktatura serca. Ale uczucie, które budzi kicz, musi być takie, aby mogły je podzielać masy. Dlatego kicz nie może się opierać na sytuacji wyjątkowej, lecz na podstawowych obrazach, które ludzie mają wbite w świadomość: niewdzięczna córka, odtrącony ojciec, dzieci biegnące po trawniku, zdradzona ojczyzna, wspomnienie pierwszej miłości.

Dzięki temu odnajduję w sobie bez wstydu chwile zapotrzebowania na kicz – potrzebę odsłuchania płyty z czasów licealnych, czy wzruszenie powodowane przez obrazek, który wywołuje jakieś sentymentalne skojarzenia. Muzyka może być słaba, obrazek estetycznie wątpliwy – ale na krótką metę – niech będą.

Co mi się kojarzy nieodparcie z masowymi formami religijności – to wymóg zjednoczenia we wzruszeniu i traktowanie tych uniesień jako Ważnej Sprawy. Ważne staje się klękanie, chodzenie wokół stupy czy czarnego kamienia za firanką – w zasadzie tylko dlatego, że wmawiamy sobie, że to ważne. Jednak religie zaskakująco na ten temat milczą. Nie znam przykładów masowego kultu, który by nauczał podejrzliwości wobec swych gromadnych rytuałów. Wszystkie uroczystości masowe podkreślają wagę współuczestnictwa we wspólnych praktykach. I milczą jak zaklęte nad kwestią manipulacji, która się w ich trakcie jednocześnie dokonuje. Narzędziem tej manipulacji jest, moim zdaniem, właśnie kicz – celnie opisany przez Kunderę:

Kicz wyciska łzy wzruszenia. Pierwsza łza mówi: jakie to piękne, dzieci biegnące po trawniku!
Druga łza mówi: jakie to piękne, wzruszać się wraz z całą ludzkością dziećmi biegnącymi po trawniku!
Dopiero ta druga łza robi z kiczu kicz.
Braterstwo wszystkich ludzi świata można zbudować wyłącznie na kiczu.
W krainie kiczu wszystko należy traktować ze śmiertelną powagą.
W krainie totalnego kiczu odpowiedzi są z góry ustalone i wykluczają jakiekolwiek pytania. Wynika z tego, że człowiek, który pyta, to rzeczywisty przeciwnik totalnego kiczu. Pytanie jest jak nóż, który rozcina płótno namalowanej dekoracji, abyśmy mogli zajrzeć, co się za nią kryje.

Dziękuję bardzo za śmiertelną powagę i za abstrakcyjne „braterstwo wszystkich ludzi” (przy okazji przypomina mi się, cytowany przeze mnie wcześniej, Martin Luther King: „Rodzaj ludzki potrzebuje każdej istoty ponieważ dzięki niej może osiągnąć swoją pełnię.” Nie wierzę w słowa o pełni rodzaju ludzkiego – to kolejny wyciskacz wzruszenia i dobrego samopoczucia). Dziękuję za tego, który umarł za moje grzechy. Jestem odporny na takie gesty. Religijność, która nie inspiruje do zadawania pytań, by jak nóż mogły rozciąć płotno dekoracji, jest religijnością na jałowym biegu. Sprowadza się ostatecznie do utrzymania status quo intuicyjnych wyobrażeń o rzeczywistości, opakowanych w bezpieczne, tradycyjne rytuały.