Category Archives: Fetysze

Krasnal ogrodowy

W tym sezonie polecamy. Z halogenem zasilanym bateryjką słoneczną.

Reklamy

Pruderia, przyjemność, pornografia. Na marginesie filmu 9 Songs

Przeglądając filmweb.pl, trafiłem na kilka opinii na temat filmu 9 Songs, cytuję (pisownia oryginalna):

film dno,,muzyka shit i porno akty(blowjob,handjob itp-bez cenzury:)) w częstych scenach erotycznych,,,,tak naprawdę nie wiadomo co reżyser chciał tym filmem pokazać

próba wciśnięcia nam kitu, że to nie jest pornus. JEST, brakuje tylko anala i trójkątów. reszta jest i to całkiem widoczna.

(zwolennicy szariatu mają rację, całkiem widoczna twarz kobiety to już zgorszenie i porno, brakuje tylko pupy i biustu)

wybacz że nie dostrzegłem w tym filmie jak dziwna w dzisiejszym świecie może być miłość, ale to porno mi zasłaniało widok…

(dziwne jest to, że zakochani ludzie uprawiają seks?)

zwykli aktorzy porno, zero emocji

(czyich emocji? komentującego?)

Głosy powyższe brzmią dość radykalnie, w opozycji do bardziej stonowanych, jak ten:

Reżyser pokazał związek dwojga ludzi. Bez wycieczek w dramat. To dokumentacja o zwykłego związku, jakich wiele. Seks , drugs and rock’n’roll. I o to chodzi – o autentyzm. To zwykły film, którego zadaniem było ukazanie związku. Według mnie się udało…

Dlatego postanowiłem go obejrzeć.

Nie żałuję, choć o filmie jako takim dużo napisać nie chcę, nie będzie to recenzja. Michael Winterbottom nie przeciągał nazbyt – obraz trwa 65 minut (parę scen dało by się sciąć). Wątek muzyczny zupełnie nie w moim typie. Całość prosta i bezpretensjonalna. To, co moim zdaniem jest jego fundamentem i naprawdę się broni – to pokazanie relacji i komunikacji pary młodych ludzi. A ta zbudowana i oddana jest naprawdę zgrabnie i sympatycznie. Wspólne sceny w łazience przed lustrem czy w wannie naprawdę mi się podobały. Jeżeli pokazujemy nagich (rozpusta!) partnerów podczas wspólnej (rozpusta!) kąpieli a kobieta zakochana w swoim chłopaku dotyka jego penisa (rozpusta!) i przytula się do niego… to co tu jest nie tak? W innej scenie pieprzą się rano a potem bez specjalnych westchnień i długich wymownych spojrzeń (erotyzm a la polska szkoła filmowa) przechodzą do robienia kawy. No właśnie. Tak wygląda seks. Tak wygląda budowanie relacji i wspólne życie. W związku jest miejsce na namiętność i pożądanie, a to oznacza, że facet ma sztywnego penisa a kobieta ma cipkę. I partnerzy się dotykają, całują, pieszczą i pieprzą. Dlaczego kogoś to boli? Wstydzi się własnego porządania?

Bardzo fajnie pokazana jest uroda bohaterów. Nie jest żurnalowa, na pewno nie są to zwykli aktorzy porno, aktorka grająca główną rolę w branży porno nie ma szans zaistnieć, gra głównie mózgiem a nie ciałem. Ci ludzie cieszą się sobą nawzajem i oprócz seksu (czyli tego co głównie zauważyli w/w krytycy) okazują sobie dużo codziennej, spontanicznej czułości. Seks jako istotny element budowania relacji jest pokazany szczerze. Widać, że towarzyszą mu emocje a relacja nie zawsze jest gładka i cacy. To zdecydowanie odróżnia 9 songs od porno, przynajmniej mainstreamowego. Z komentarzy na filmweb, pytanie: „Jakieś podobne filmy do tego?” – odpowiedź: „redtuba.com tam jest dużo…”. Otóż nie. Na redtube jest mięsne dupczenie, ginekologiczne zbliżenia, a równorzędne relacje partnerskie występują w homeopatycznej dawce. Seks jako penetracja, kobieta jako otwory. Mainstreamowe porno nie zajmuje się emocjami i więzią partnerów, tylko ilością i obfitością wytrysków. Aktorki to laleczki a aktorzy to buhaje. Porno-seks jest równie życiowy, co obraz jelenia na rykowisku. Można to łatwo zrozumieć, choćby odwiedzając polską stronę Seksualność kobiet.

Oczywiście film ma prawo się nie podobać, można go odebrać jako nudny. Zwyczajnie można nie mieć ochoty na oglądanie seksu. Nie jest wiekopomnym dziełem. Znakomicie jednak prowokuje pruderię. Dziwi mnie, że dorośli ludzie, którzy trafili na seans, zamiast spokojnie wyjść (jeśli nie trafili w swój gust i nastrój) – krzyczą, że brakuje tylko anala. Uważam, że mogłaby ten film oglądać młodzież, bo pokazuje związek, w którym jest i szaleństwo i trochę dragów i satysfakcjonujący seks. Jest to pokazane naturalnie i bez teatralnego przerysowania. Ciała bohaterów nie są idealne, scenografia dobrze oddaje pewną przeciętność – film nie ucieka w estetyzację. Nie moralizuje. Nie ma „głębokiej” puenty, co pewnie boli niepoprawnych romantyków. Mi seans w domowym zaciszu o tyle sprawił przyjemność (przyjemność to nie podniecenie, zastrzegam, by być dobrze zrozumianym), że pokazanie wzajemnej intymności, namiętności, radości z robienia sobie dobrze dwojga młodych ludzi uważam za rzecz na swój sposób piękną. Z jednej strony zwyczajną, ale z drugiej – wcale nie taką łatwą do osiągnięcia. Wielu ludzi ma w sferze erotycznej zachamowania, obawy. Bohaterowie ich nie mają. Cieszą się sobą bez lęków i kompleksów – to uważam za główną treść i zaletę tego filmu. Proszę mi pokazać polską produkcję, która radzi sobie z takim tematem równie swobodnie i bez ucieczek w symbolizm (nie oglądam dużo polskiego kina, więc nie wiem).

Przy okazji, sprowokowany wizytą na redtube, postanowiłem poszukać  jakiejś alternatywy dla wulgarnych pornusów. Znalazłem zjawisko o nazwie porno feministyczne (lub po prostu porno dla kobiet), o którym można poczytać np. tu. W Holandii powstał kanał telewizyjny DuskTV, który nadaje nie porno, a porna – czyli odmianę zorientowaną na kobiecą widownię (krótki opis w Wyborczej). Ładną stroną jest Femmerotic. Jeżeli ktoś szuka konkretnych produkcji, może zacząć od The Fifth Annual Good For Her Feminist Porn Awards. Filmy (i książki) na dobrym poziomie robi Erika Lust – zainteresowanym erotyką, cielesnością i feminizmem polecam jej blog. Zbiór filmów na dobrym poziomie, hispanojęzycznych, znaleźć można na blogu Descomposed. Są tutaj filmy nie tylko ero/pornograficzne (m.in. Eriki Lust), ale także ciekawe, krytyczne dokumenty o współczesnym biznesie porno, o seksoholizmie. O męskiej i kobiecej seksualności, o menstruacji, o zjawiskach sadomasochizmu i fetyszyzmu. Czy pracownicy TVP coś kiedyś słyszeli na te tematy? Halo! Jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć trochę ładnej i odważnej golizny na zdjęciach – proponuję blog Bend Me Over (to, że prowadzi go dziewczyna, dziwi wielu: Are you a girl? – Yes, I’m a girl. Why do I keep getting this question?).

W 9 songs pada zdanie, które można zadedykować przyzwoitkom obu płci – Tylko nieszczęśliwi ludzie źle tańczą. Seks jest rodzajem tańca, i jeżeli nie umie się współpracować, komunikować z partnerem – taniec kuleje. Tak zwane zdrowe publiczne zależy również od tego, czy ludzie nauczyli się odkrywać i szczerze realizować swoją seksualność. Libido jest potężną siłą. Dalajlama powiedział kiedyś (cytuję z pamięci), że zdarza mu się mieć erotyczne sny, z których budzi się mówiąc – Jestem mnichem! Czeski ksiądz Tomasz Halik powiedział z kolei (też z pamięci cytuję, więc mogę przekręcić), że udało mu się wytrwać w celibacie, ale odbyło się to kosztem tak wielkiego wysiłku, że zastanawia się, czy tej energii nie można by użyć w jakimś innym celu. Ci faceci mają klasę i stać ich na szczerość. Inni klasy nie mają i obmacują dzieci w zakrystii. Czy jest jakikolwiek sensowny powód (poza bajkową tradycją) wymagać celibatu od każdego, kto chce być kapłanem? Czy jest jakikolwiek powód, by kobieta nie mogła nim zostać? Dawkins podsumował to kiedyś na publicznym wystąpieniu, mówiąc, że kwalifikacją do bycia kapłanem jest najwidoczniej posiadanie penisa. Jako społeczeństwo musimy nauczyć się rozmawiać o seksualności. Dzieciom można wytłumaczyć co mają między nogami i że nie przyniósł ich bocian (o Wielkiej Księdze Cipek i Wielkiej Księdze Siusiaków wspominałem już kiedyś). Wstrzemięźliwość kwalifikuje się bardzo często jako jedną z dewiacji seksualnych. Z jakich powodów ludzka spontaniczna czułość i intymność oburza, a patetyczne sceny tortur i ukrzyżowania wzbudzają natchnienie? Nie rozumiem bigotów, nie zgadzam się z nimi i uważam, że ich wiktoriańska moralność szkodzi relacjom międzyludzkim, choćby promując fałszywe ideały odkupienia cudzych uczynków przez śmierć jednego człowieka w roli kozła ofiarnego.

Wiele wskazuje, że pruderia i udawanie, że libido nie istnieje, jest relatywnie młodym odkryciem kultury poddanej monoteistycznym wpływom:

The Sheila-na-gig was a craved representation of a naked woman squatting with her knees apart, displaying her vulva (…) Sometimes the figure appeared all over old Irish churches built before the 16th century, but Victorian prudery defaced or destroyed large number of them. (źródło cytatu)

Myślę, że za jakiś czas w kinie pojawią się (o ile już ich nie ma) sceny pieszczot homoseksualnych, bez owijania w bawełnę. I uważam, że jeśli będzie to odpowiednio subtelnie pokazane (tak, uważam „momenty” w 9 songs za uchwycone całkiem subtelnie) – stanie się bardzo dobrze (zdaje się, że coś udało się pokazać Agnieszce Holland w Całkowitym Zaćmieniu, ale ja go nie widziałem). Bi/homoseksualiści też mają prawo do swojej seksualności. A heterycy powinni mieć świadomość, że nie są jedyną opcją. (Ilustracja tego akapitu pochodzi z bloga anarchofeminist.)

Czas na wyjaśnienie pierwszej ilustracji. Choć oddaje ona istotę oburzenia widzów z filmweb (pieszczoty niech już będą, ale pod kołderką), prawdziwe jej znaczenie wyjaśnia autorka bloga The Mother’s Handbook:

Gynecologic examinations, and deliveries, were performed by a method known as “the Touch.” This magical technique involved the doctor examining the woman blind, often under her skirts, or covered by sheets. She might even have her face covered, as well, just to avoid any suggestion of sexuality from eye contact. The invention of the speculum by Recamier in 1801 (or re-invention, actually, since there are ancient references to a speculum-like instrument, and they were widely known in the Islamic world, but the French still claim the bragging rights) obviously caused a tad of consternation. (…) In 1851 he AMA condemned the speculum as embarrassing to women and hazardous for doctors’ status and reputation.

Status i reputacja – dyskretny fetysz bigotów. Ups. Naprawdę dziękuję, że los rzucił mnie do Polski pod koniec XX wieku. Żeby nie było zbyt mrocznie, na zakończenie tego wpisu proponuję sympatyczny obrazek, znaleziony na blogu Sex is not the enemy (na nim też znalazłem zdanie Whenever there’s a sex scandal, I feel sorry for sex., oryginalnie pochodzące z artykułu w The Nation).

Miłego dnia!

Banały o żarciu

Najpierw cytat:

Diety zen nie można przedstawiać w sposób taki, jak wiele innych. Jest ona bowiem nie tylko dietą, ale przede wszystkim sposobem życia, zapoczątkowanym przez buddyjskich mnichów.

Jjjjjej… żarcie osią życia. Zdjęcie ilustrujące artykuł też jest ciekawe:

Mamy tutaj sportowy dres, centymetr do mierzenia obwodów ciała, hantle i zielone jabłko. No i panią siedzącą (dlaczego bez głowy? – czy chodzi o słynne No-mind?) w pozycji, która z zen raczej nie ma nic wspólnego (zdaje sie, że brzuch ma lekko zapadnięty i chyba skrzywioną miednicę, więc nie jest to też Hatha Joga). Same symbole zinfantylizowanego zdrowego trybu życia.

Powiedzmy to wyraźnie – mnisi nie zapoczątkowali żadnego stylu życia. Ten idiotyczny termin, oczko w głowie znudzonych kretynów, świadczy tylko o ślepocie i pragnieniach tych, którzy go używają. Obecnie wielu ludzi marzy, by mieć swój styl. Bardzo mi przykro, ale nie ma to nic wspólnego ani z jakimkolwiek zen, ani szczerym i odpowiedzialnym życiem, mówiąc ogólniej. Dbanie o styl życia jest tylko kolejną odmianą fetyszyzmu.

Dieta zen nie istnieje, styl życia zen nie istnieje. A nawet jeśli – na pewno nie ma nic wspólnego ze zdrowiem, dobrym samopoczuciem, sportem czy reżymem żywieniowym uprawianym za pomocą plastykowych jabłek z supermarketu. Nie mówiąc o pielęgnacji ciała czy odchudzaniu.