Category Archives: Edukacja

Mój stosunek do osób wierzących (i wszystkich, w tym i siebie)

Fot: sethoscope @ flickr

Tytuł jaki nadałem temu wpisowi wywołuje we mnie zażenowanie. Zrobiłem to celowo, by zaraz się wytłumaczyć. A mianowicie, chodzi o to, że nie traktuję teistów, czy wierzących w cokolwiek, inaczej niż ateistów. Przynajmniej tak sądzę – takie mam sam o sobie mniemanie. Kategoria „teista / ateista” nie interesuje mnie, gdy poznaję nowych ludzi. Jest głęboko ukryta na dalszym planie, gdy myślę o przyjaciołach i znajomych. Nie lubię, widząc człowieka, mówić sobie „oto wierzący”. Zdarza mi się to czasami, przyznaję. Ale nie lubię tego i sam się przed sobą wstydzę.

Rozumiem to tak samo, jak rozgraniczam chociażby dzieło artysty od jego biografii. Jak dzieło filozofa od jego żywota. To jak zmarł Nietzsche nie ma dla mnie przełożenia na to, jak czytam jego teksty (raczej: czytałem). Moja opinia o Larsie von Trierze nie ma wpływu na to, co sądzę o jego Idiotach.

Usłyszałem kiedyś, że dojrzały chrześcijanin odróżnia grzech od grzesznika. Stąd pewnie tolerancja Kościoła dla dzieł Carravaggia, awanturnika, pijaka i człowieka dość lubieżnego. Przykładów pewnie znalazłoby się więcej.

Więc chciałbym, aby uszczypliwości, jakie zdarza mi się praktykować pod adresem tych czy innych przekonań, nikt nie brał osobiście. Nie są atakiem na czyjekolwiek życie.

Dalej – uważam, że każdy swoje przekonania stwarza sam, z tego co ma akurat pod ręką. Lepi je z wielu uświadomionych ale i nieuświadomionych elementów. Dodajmy do tego zwyczajną ludzką skłonność do pewnej nieciągłości przekonań. Do tego, że są (jesteśmy)  racjonalistami w pracy, a w domu działają irracjonalnie. Że mówiąc o akwarystyce są sceptykami, a przechodząc w dyskusji do futbolu stają się mistykami. W tygodniu stateczni, a od święta podatni na wybuch emocji.

Ludzie żywią wiele przekonań przypadkiem, choć gdyby ich zapytać – będą przekonywać, że to w 100% ich wola i świadomy wybór. Nie doceniają dyskretnych schematów mentalnych, którymi nasiąknęli w dzieciństwie, przez osmozę, a które formatują ich dorosłe przekonania, cały horyzont myślowy.

Więc ulepieni z wielu drobinek myślenia o religii, wierze, duszy etc, nauczeni pojęć takich a nie innych do opisu niuansów ich intymnego przeżywania emocji i świata, pozostają tym przekonaniom wierni. Są przyzwoici, bo wychowano ich na przyzwoitych ludzi – ale powiedzą, że to religia ich takimi zrobiła. Są uczynni, bo uczynności nauczyli się od matki, ale powiedzą, że utrzymuje ich w tym lektura Nowego Testamentu. Nie ma znaczenia, że w Nowym Testamencie jest ledwie parę fragmentów o uczynności, otoczonych morzem nieistotnych z etycznego punktu widzenia opowieści. Dla nich to będą te fragmenty najistotniejsze, z którymi czują się zżyci tak mocno, jak stare drzewo z siatką płotu, przy którym zbyt blisko wyrosło.

Nie chcę być inkwizytorem, i przymuszać ludzi w dyskusji, by przyznawali, że nie do końca wiedzą w co wierzą. Że nie do końca znają kwestie swej wiary.  Czuję, że próbując wyrwać ten wrośnięty płot, odrąbałbym chyba zbyt wiele. Nie wiem czy warto… Sam przecież też  nie wiem wszystkiego i nie jestem tak racjonalny, jakbym chciał. Moje oczekiwania wobec rzeczywistości, mój ateizm, nie są najważniejsze.

Napisałem tę powyższą deklarację, bo czytam ostatnio (niesystematycznie) właśnie Nowy Testament, i zadziwia mnie jak wielką wagę przypisuje się tekstom tam zebranym. Pierwszą moją reakcją była chęć ataku, poczucie mocnego oręża,  jakim ta lektura mnie obdarzyła. Przeszło mi. Nie ma to najmniejszego sensu. Jedyne czego bym sobie życzył, to bardziej krytycznej nauki o Biblii w szkole. I o początkach chrześcijaństwa, bynajmniej nie laurkowych. Ta wiedza powinna być ogólnodostępna, nie zarezerwowana tylko dla studentów historii. Z tej wiedzy uczniowie powinni być sprawdzani. Potem niech każdy robi z nią co chce.

Deklarowane przekonania to jedno, życie to drugie. Życiem człowieka władają emocje. Dlatego warto być wobec innych ludzi wyrozumiałym. Nie następować im na odcisk. Wierzą, że Józefowi jakaś postać we śnie kazała wracać z Egiptu do Palestyny? Spoko. Podniecają ich wyścigi formuły 1, albo motocykli na żużlu? Wszystko to dla mnie jednakowo absurdalne. Trudno. Można z tym żyć.

Na emocjach robi się największe pieniądze, kariery polityczne. Człowiek, który krytycznie przygląda się własnym uwikłaniom emocjonalnym i stara się je ograniczać, skazuje się trochę na opinię dziwaka. Na głupiego grilla nie można go zaprosić, bo zaraz zacznie kręcić nosem, że mięso, że smród, a że w ogóle to czy trzeba tyle jeść… nieżyciowa maruda po prostu.

Więc jedni pójdą na mecze Euro 2012, inni na pielgrzymkę, na Krakowskie Przedmieście, na grilla z piwem. Tłumy Japończyków przewalą się przez salony paczinko, muzułmanie okrążą kamień Kaaby. Moja babcia będzie się za mnie modlić, sąsiad zalewać niemoc w alkoholu. Ktoś będzie się masturbować, ktoś namiętnie i czule kochać, ktoś prostacko dupczyć. Wśród tych wszystkich ludzi są być może moi bliżsi lub dalsi przyjaciele, znajomi.

W radio padają wiadomości o procesie kanonizacyjnym JPII. Ktoś jedzie głośnym motocyklem po ulicy. Pies robi kupę na trawniku. Zaprawdę godne to wszystko i sprawiedliwe. Słuszne i zbawienne. Ale po co od razu o tym pisać?

Pruderia, przyjemność, pornografia. Na marginesie filmu 9 Songs

Przeglądając filmweb.pl, trafiłem na kilka opinii na temat filmu 9 Songs, cytuję (pisownia oryginalna):

film dno,,muzyka shit i porno akty(blowjob,handjob itp-bez cenzury:)) w częstych scenach erotycznych,,,,tak naprawdę nie wiadomo co reżyser chciał tym filmem pokazać

próba wciśnięcia nam kitu, że to nie jest pornus. JEST, brakuje tylko anala i trójkątów. reszta jest i to całkiem widoczna.

(zwolennicy szariatu mają rację, całkiem widoczna twarz kobiety to już zgorszenie i porno, brakuje tylko pupy i biustu)

wybacz że nie dostrzegłem w tym filmie jak dziwna w dzisiejszym świecie może być miłość, ale to porno mi zasłaniało widok…

(dziwne jest to, że zakochani ludzie uprawiają seks?)

zwykli aktorzy porno, zero emocji

(czyich emocji? komentującego?)

Głosy powyższe brzmią dość radykalnie, w opozycji do bardziej stonowanych, jak ten:

Reżyser pokazał związek dwojga ludzi. Bez wycieczek w dramat. To dokumentacja o zwykłego związku, jakich wiele. Seks , drugs and rock’n’roll. I o to chodzi – o autentyzm. To zwykły film, którego zadaniem było ukazanie związku. Według mnie się udało…

Dlatego postanowiłem go obejrzeć.

Nie żałuję, choć o filmie jako takim dużo napisać nie chcę, nie będzie to recenzja. Michael Winterbottom nie przeciągał nazbyt – obraz trwa 65 minut (parę scen dało by się sciąć). Wątek muzyczny zupełnie nie w moim typie. Całość prosta i bezpretensjonalna. To, co moim zdaniem jest jego fundamentem i naprawdę się broni – to pokazanie relacji i komunikacji pary młodych ludzi. A ta zbudowana i oddana jest naprawdę zgrabnie i sympatycznie. Wspólne sceny w łazience przed lustrem czy w wannie naprawdę mi się podobały. Jeżeli pokazujemy nagich (rozpusta!) partnerów podczas wspólnej (rozpusta!) kąpieli a kobieta zakochana w swoim chłopaku dotyka jego penisa (rozpusta!) i przytula się do niego… to co tu jest nie tak? W innej scenie pieprzą się rano a potem bez specjalnych westchnień i długich wymownych spojrzeń (erotyzm a la polska szkoła filmowa) przechodzą do robienia kawy. No właśnie. Tak wygląda seks. Tak wygląda budowanie relacji i wspólne życie. W związku jest miejsce na namiętność i pożądanie, a to oznacza, że facet ma sztywnego penisa a kobieta ma cipkę. I partnerzy się dotykają, całują, pieszczą i pieprzą. Dlaczego kogoś to boli? Wstydzi się własnego porządania?

Bardzo fajnie pokazana jest uroda bohaterów. Nie jest żurnalowa, na pewno nie są to zwykli aktorzy porno, aktorka grająca główną rolę w branży porno nie ma szans zaistnieć, gra głównie mózgiem a nie ciałem. Ci ludzie cieszą się sobą nawzajem i oprócz seksu (czyli tego co głównie zauważyli w/w krytycy) okazują sobie dużo codziennej, spontanicznej czułości. Seks jako istotny element budowania relacji jest pokazany szczerze. Widać, że towarzyszą mu emocje a relacja nie zawsze jest gładka i cacy. To zdecydowanie odróżnia 9 songs od porno, przynajmniej mainstreamowego. Z komentarzy na filmweb, pytanie: „Jakieś podobne filmy do tego?” – odpowiedź: „redtuba.com tam jest dużo…”. Otóż nie. Na redtube jest mięsne dupczenie, ginekologiczne zbliżenia, a równorzędne relacje partnerskie występują w homeopatycznej dawce. Seks jako penetracja, kobieta jako otwory. Mainstreamowe porno nie zajmuje się emocjami i więzią partnerów, tylko ilością i obfitością wytrysków. Aktorki to laleczki a aktorzy to buhaje. Porno-seks jest równie życiowy, co obraz jelenia na rykowisku. Można to łatwo zrozumieć, choćby odwiedzając polską stronę Seksualność kobiet.

Oczywiście film ma prawo się nie podobać, można go odebrać jako nudny. Zwyczajnie można nie mieć ochoty na oglądanie seksu. Nie jest wiekopomnym dziełem. Znakomicie jednak prowokuje pruderię. Dziwi mnie, że dorośli ludzie, którzy trafili na seans, zamiast spokojnie wyjść (jeśli nie trafili w swój gust i nastrój) – krzyczą, że brakuje tylko anala. Uważam, że mogłaby ten film oglądać młodzież, bo pokazuje związek, w którym jest i szaleństwo i trochę dragów i satysfakcjonujący seks. Jest to pokazane naturalnie i bez teatralnego przerysowania. Ciała bohaterów nie są idealne, scenografia dobrze oddaje pewną przeciętność – film nie ucieka w estetyzację. Nie moralizuje. Nie ma „głębokiej” puenty, co pewnie boli niepoprawnych romantyków. Mi seans w domowym zaciszu o tyle sprawił przyjemność (przyjemność to nie podniecenie, zastrzegam, by być dobrze zrozumianym), że pokazanie wzajemnej intymności, namiętności, radości z robienia sobie dobrze dwojga młodych ludzi uważam za rzecz na swój sposób piękną. Z jednej strony zwyczajną, ale z drugiej – wcale nie taką łatwą do osiągnięcia. Wielu ludzi ma w sferze erotycznej zachamowania, obawy. Bohaterowie ich nie mają. Cieszą się sobą bez lęków i kompleksów – to uważam za główną treść i zaletę tego filmu. Proszę mi pokazać polską produkcję, która radzi sobie z takim tematem równie swobodnie i bez ucieczek w symbolizm (nie oglądam dużo polskiego kina, więc nie wiem).

Przy okazji, sprowokowany wizytą na redtube, postanowiłem poszukać  jakiejś alternatywy dla wulgarnych pornusów. Znalazłem zjawisko o nazwie porno feministyczne (lub po prostu porno dla kobiet), o którym można poczytać np. tu. W Holandii powstał kanał telewizyjny DuskTV, który nadaje nie porno, a porna – czyli odmianę zorientowaną na kobiecą widownię (krótki opis w Wyborczej). Ładną stroną jest Femmerotic. Jeżeli ktoś szuka konkretnych produkcji, może zacząć od The Fifth Annual Good For Her Feminist Porn Awards. Filmy (i książki) na dobrym poziomie robi Erika Lust – zainteresowanym erotyką, cielesnością i feminizmem polecam jej blog. Zbiór filmów na dobrym poziomie, hispanojęzycznych, znaleźć można na blogu Descomposed. Są tutaj filmy nie tylko ero/pornograficzne (m.in. Eriki Lust), ale także ciekawe, krytyczne dokumenty o współczesnym biznesie porno, o seksoholizmie. O męskiej i kobiecej seksualności, o menstruacji, o zjawiskach sadomasochizmu i fetyszyzmu. Czy pracownicy TVP coś kiedyś słyszeli na te tematy? Halo! Jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć trochę ładnej i odważnej golizny na zdjęciach – proponuję blog Bend Me Over (to, że prowadzi go dziewczyna, dziwi wielu: Are you a girl? – Yes, I’m a girl. Why do I keep getting this question?).

W 9 songs pada zdanie, które można zadedykować przyzwoitkom obu płci – Tylko nieszczęśliwi ludzie źle tańczą. Seks jest rodzajem tańca, i jeżeli nie umie się współpracować, komunikować z partnerem – taniec kuleje. Tak zwane zdrowe publiczne zależy również od tego, czy ludzie nauczyli się odkrywać i szczerze realizować swoją seksualność. Libido jest potężną siłą. Dalajlama powiedział kiedyś (cytuję z pamięci), że zdarza mu się mieć erotyczne sny, z których budzi się mówiąc – Jestem mnichem! Czeski ksiądz Tomasz Halik powiedział z kolei (też z pamięci cytuję, więc mogę przekręcić), że udało mu się wytrwać w celibacie, ale odbyło się to kosztem tak wielkiego wysiłku, że zastanawia się, czy tej energii nie można by użyć w jakimś innym celu. Ci faceci mają klasę i stać ich na szczerość. Inni klasy nie mają i obmacują dzieci w zakrystii. Czy jest jakikolwiek sensowny powód (poza bajkową tradycją) wymagać celibatu od każdego, kto chce być kapłanem? Czy jest jakikolwiek powód, by kobieta nie mogła nim zostać? Dawkins podsumował to kiedyś na publicznym wystąpieniu, mówiąc, że kwalifikacją do bycia kapłanem jest najwidoczniej posiadanie penisa. Jako społeczeństwo musimy nauczyć się rozmawiać o seksualności. Dzieciom można wytłumaczyć co mają między nogami i że nie przyniósł ich bocian (o Wielkiej Księdze Cipek i Wielkiej Księdze Siusiaków wspominałem już kiedyś). Wstrzemięźliwość kwalifikuje się bardzo często jako jedną z dewiacji seksualnych. Z jakich powodów ludzka spontaniczna czułość i intymność oburza, a patetyczne sceny tortur i ukrzyżowania wzbudzają natchnienie? Nie rozumiem bigotów, nie zgadzam się z nimi i uważam, że ich wiktoriańska moralność szkodzi relacjom międzyludzkim, choćby promując fałszywe ideały odkupienia cudzych uczynków przez śmierć jednego człowieka w roli kozła ofiarnego.

Wiele wskazuje, że pruderia i udawanie, że libido nie istnieje, jest relatywnie młodym odkryciem kultury poddanej monoteistycznym wpływom:

The Sheila-na-gig was a craved representation of a naked woman squatting with her knees apart, displaying her vulva (…) Sometimes the figure appeared all over old Irish churches built before the 16th century, but Victorian prudery defaced or destroyed large number of them. (źródło cytatu)

Myślę, że za jakiś czas w kinie pojawią się (o ile już ich nie ma) sceny pieszczot homoseksualnych, bez owijania w bawełnę. I uważam, że jeśli będzie to odpowiednio subtelnie pokazane (tak, uważam „momenty” w 9 songs za uchwycone całkiem subtelnie) – stanie się bardzo dobrze (zdaje się, że coś udało się pokazać Agnieszce Holland w Całkowitym Zaćmieniu, ale ja go nie widziałem). Bi/homoseksualiści też mają prawo do swojej seksualności. A heterycy powinni mieć świadomość, że nie są jedyną opcją. (Ilustracja tego akapitu pochodzi z bloga anarchofeminist.)

Czas na wyjaśnienie pierwszej ilustracji. Choć oddaje ona istotę oburzenia widzów z filmweb (pieszczoty niech już będą, ale pod kołderką), prawdziwe jej znaczenie wyjaśnia autorka bloga The Mother’s Handbook:

Gynecologic examinations, and deliveries, were performed by a method known as “the Touch.” This magical technique involved the doctor examining the woman blind, often under her skirts, or covered by sheets. She might even have her face covered, as well, just to avoid any suggestion of sexuality from eye contact. The invention of the speculum by Recamier in 1801 (or re-invention, actually, since there are ancient references to a speculum-like instrument, and they were widely known in the Islamic world, but the French still claim the bragging rights) obviously caused a tad of consternation. (…) In 1851 he AMA condemned the speculum as embarrassing to women and hazardous for doctors’ status and reputation.

Status i reputacja – dyskretny fetysz bigotów. Ups. Naprawdę dziękuję, że los rzucił mnie do Polski pod koniec XX wieku. Żeby nie było zbyt mrocznie, na zakończenie tego wpisu proponuję sympatyczny obrazek, znaleziony na blogu Sex is not the enemy (na nim też znalazłem zdanie Whenever there’s a sex scandal, I feel sorry for sex., oryginalnie pochodzące z artykułu w The Nation).

Miłego dnia!

Jakie znasz słowo na „ć”?

„Wielką księgę cipek” postanowiłem kupić zgodnie z założeniem, że głosuje się również portfelem.  Opis znalazłem w Wysokich Obcasach, powędrowałem na stronę wydawnictwa – tam zaskoczenie, że powstały równolegle dwa wydania – „ocenzurowane” i „bez tabu”. Nabyłem wariant drugi – dzięki czemu okładkę, samą w sobie dość neutralną i sympatyczną, wydawca obsmarował mi wielkimi ostrzeżeniami na czerwonych polach „Bez tabu”, „Uwaga! Treści zawarte w książce mogą obrażać uczucia religijne”.

Książka jest adresowana do młodych ludzi. Czy w dziecięcym / nastoletnim wieku tak naprawdę można mieć jakieś „uczucia religijne”, które nie byłyby kalką histerii dorosłych – tylko się domyślam (że nie). Natomiast nie rozumiem, dlaczego na polski rynek produkt ten musi trafiać ometkowane ideologią. Dziecko,  zanim zapozna się z zawartością – z góry ma klucz do jej odbioru – „omijanie tabu” i „obrażanie uczuć”. Wydawało mi się, że dlatego właśnie w Polsce bardzo brakowało tej książki, że nie rozmawia się o goliźnie, cipkach, masturbacji etc, bez infantylnych rumieńców i zezowania w stronę ciotki-dewotki.

Oburzenie faktem wydanie książki najelpiej zilustrują cytaty z recenzji:

Okładki tych książek są wstrętne, mówiąc najdelikatniej. Treści również wstrętne, np. pada pytanie „co by było, gdyby Pan Jezus miał c***?” (wybaczcie, ale to nie przechodzi mi nawet przez myśl, więc pozwolę sobie na gwiazdki), „dlaczego Pan Jezus miał siusiaka?” i tu materializuje się nowatorski pomysł autora, bo zamieszcza on ilustrację, na której widnieje krzyż, z rozebraną kobietą, która również ma przebity bok, itp. (!!!)
To jakaś paranoja.
A już największą paranoją jest fakt, że takie książki znajdują swoich czytelników i kupców. Zastanawiam się czy rzeczywiście TAK źle jest z lekcjami dotyczącymi edykacji seksualnej, czy rzeczywiście rodzice dziś są aż TAK BEZRADNI  w tematach intymnych, by wprowadzać swoje dzieci w konieczną i potrzebną wiedzę?
Budzi we mnie niesmak fakt, że kolejny raz do takiej tematyki miesza się BOGA, podważając prawdę objawioną! Do EDUKACJI seksualnej, przez zgrabną manipulację, zaczyna się włączać kwestię EDUKACJI z masturbacji! To PARANOJA! Nie chce, by moje dzieci (jeśli Bóg da) wychowywały sie i rozwijały w takim misz-maszu i takim poprzestawianiu ról, wartości. Nie chce, by moje dzieci edukowały prymitywne książki i by to one stanęły w miejscu mojego męża i moim.
I wypowiedź jednej z komentatorek:
Mamciu, ja gorsze rzeczy widziałam. Np. wspomniane gdzieś przeze mnie kopulujące lale, którymi bawiły się duńskie dzieci w przedszkolach. Jak nie zrobimy stosu i nie wsadzimy tam całej tej produkcji razem z autorami to za chwilę będziemy mieli taki cyrk, że się nie pozbieramy.

Bulwersujący fragment (podważa prawdę objawioną) to dokładnie 6 zdań. W tym dwa, jak podejrzewam kluczowe:

„Ciekawe, co by było, gdyby Jezusa przedstawiano z cipką, czyli gdyby był kobietą. Hm, na pewno byłoby zupełnie inaczej.”

Czy byłoby inaczej – tego nie wiem. Jednak czy konserwatyści nie mogliby mieć więcej dystansu do swoich komiksów?

Dobrym punktem odniesienia jest rozmowa z Bartłomiejem Dobroczyńskiem, opublikowana w czwartym dodatku psychologicznym Polityki „Ja My Oni”. Oto interesujące mnie fragmenty:

Wszędzie tam, gdzie Europa pozostawała mocno pod wpływem tradycji, platońskiej i chrześcijańskiej, próbowała poddawać kontroli, wręcz gwałcić te elementy w człowieku, które wiążą się z ciałem, materią. Konieczne były rygor, tresura, kaganiec, a w praktyce przekłada się to na obecność paska w wychowaniu. Mamy za sobą 2 tysiące lat nieufności wobec ciała i emocji. Druga wizja pojawiła się wraz z dziełem Darwina „O pochodzeniu gatunków”. Ta książka zmienia wszystko.

I dalej:

A ciało i emocje były w naszej kulturze potwornie represjonowane. I dziś nie są specjalnie dowartościowane. Problem współczesności nie polega na tym, że emocje są traktowane pozytywnie. Raczej na odkryciu, że można je doskonale wykorzystywać w celach komercyjnych. To samo z ciałem. Kościół przekonuje, że panuje dziś kult ciała. To nieprawda. Ciało jest tak samo znienawidzone jak setki lat temu. Panuje kult wyglądu. Nie ma kultu emocji, ale jest wiedza, że tam gdzie emocje są w akcji, mogę człowieka wykorzystać do swoich celów.

Człowiek  może myśleć o każdej części swego ciała z sympatią. Pytanie, czy coś w tym złego, brzmi wręcz banalnie. A jednak wydawnictwo Jacka Santorskiego wykonuje pracę u podstaw.

Profesor od miłego Boga i inni

Niepierwszej świeżości wywiad z Ryszardem Legutką (wytłuszczenia moje).

Spodziewał się Pan, że w Polsce ktoś zażąda zdjęcia krzyży ze ścian w szkole?

Ryszard Legutko: Oczywiście, oczekiwałem. Zastanawiałem się tylko, gdzie się zacznie. Nie przypuszczałem, że w moim okręgu wyborczym.

Jakie to przykre, świat jest taki nieprzewidywalny. Nic tylko współczuć, że trafiła się europosłowi taka okazja do lansowania specyficznych poglądów, z której on oczywiście bardzo nie chciał skorzystać, bo to tylko taka uczniowska zadyma, jak czytamy dalej:

Mnie się wydawało, że uczniom jest obojętne, czy krzyże wiszą w szkołach, czy nie.

RL: Większości jest. Myślę, że jest to obojętne także tym, którzy ten wniosek złożyli. Ponieważ wcale nie chodzi ani o krzyż, ani o Jezusa Chrystusa, ani o prawdziwość objawienia, ani nie chodzi o kwestię konstytucyjną. Tak naprawdę chodzi o zadymę. Rozpuszczeni smarkacze czują się kompletnie bezkarni. To jest typowa szczeniacka zadyma. Przy czym za zadymę to człowiek bywa – jak chodzi do szkoły i szkoła jest dobra – karany. Czyli ponosi konsekwencje. Natomiast oni są kompletnie bezkarni, ponieważ cała tzw. postępowa opinia publiczna będzie za nimi.

Jak rozumiem, wszelkie akcje uczniowskie, spontanicznie afirmujące prawdziwość objawienia byłyby mile przez europosła widziane. Szczególnie w jego okręgu wyborczym. Ale skoro nie chodzi o Jezusa Chrystusa, to musowo cały pomysł jest szczeniacki. Pisanie petycji w sprawie dwuznacznych symboli na ścianie jest dla europosła, profesora, byłego ministra edukacji, zadymą, która doprasza się kary.

R.L.: Młodzi mają to, co najbardziej lubią: jest zadyma, oni są bezkarni, a przy tym mają poczucie, że walczą ze strasznym smokiem, którego sami sobie wymyśliliśmy.

Tego smoka nie ma?

R.L. Gdzie jest ten smok, na miły Bóg?

Gdzie jest ten Bóg, na miły smok?

Ninejszym postanawiam przyznać panu profesorowi zaocznie medal Miłego Smoka. Tak generalnie – za maniery i dobre samopoczucie.

W sprawie krzyży w szkole odbyła się debata. I podczas niej na nagrodę zasłużył też ksiądz Wojciech Zięba, szkolny katecheta. Wg Gazety Wyborczej najpierw dworował sobie z przeciwników, a na zakończenie debaty wręczył Zuzannie Niemer wielkiego różowego pluszowego misia. Jej koledzy dostali po pistolecie na baterie. Widać, że pilnie uczy się od Palikota.

Tomasz Terlikowski też miał głos: To chrześcijaństwo stworzyło Polskę i Europę. Czy w Iraku lub Iranie taka debata byłaby możliwa? A może chcielibyście żyć w Chinach, państwie neutralnym światopoglądowo?

Czyli – cieszcie się, że was nie bijemy, bo moglibyśmy tak jak w Iraku czy Iranie.

Chrześcijaństwo samo nie stworzyło Europy. Kultura naszego kontynentu zależy również od silnego nurtu ignorującego lub kwestionującego chrześcijaństwo i inne wierzenia. Właśnie dzięki temu Europa nie jest Arabią Saudyjską. Europa to jest także mój opór wobec symbolicznego poddaństwa i nadużywania autorytetu.

Feynman na ścianie

Zdaję sobie sprawę, że jest to czysto symboliczna zachcianka – ale mam ochotę powiesić w pokoju portret Richarda Feynmana.

Bardzo mnie przekonuje jako człowiek, choćby w tym fragmencie filmu:

Rozbawiła mnie jego mina, kiedy mówi one of the aspects of God came to the Earth, mind you! W każdym razie wydaje mi się, że mówiąc o głębokich filozoficznych pytaniach był nieco zbyt ostrożny. Niedawno u Feuerbacha trafiłem na takie zdanie:

Ale pytanie, dlaczego w ogóle coś istnieje, jest pytaniem głupim.

Bo chyba bajbardziej nadaje się do wywoływania wypieków na twarzach nastolatków… mam wrażenie, że dla Feynmana również nie było to ważne pytanie.

A jego portret przyda się choćby po to, by sprowokować odwiedzających mnie gości do rozmowy na jego temat, bo dla wielu jest postacią nieznaną.

Cały film tutaj. Natomiast na kanale dunderpl na youtube, można znależć trochę Feynmana po polsku (i wiele innych ciekawych fragmentów).

A propos wizerunków – zaciekawiła mnie informacja podana w ostatnim Przekroju. Podobno w pakiecie prezentów od Homo Sapiens dla potencjalnych Obcych, NASA tylko za pierwszym razem umieściła wizerunki nagiej kobiety i mężczyzny. Tę rażącą kosmiczną bezwstydność oprotestować miały środowiska chrześcijańskie i teraz chyba wysyła się rysunki w ubrankach. Ciekawe z jakiej epoki i kultury.

Bigoci – po co istniejecie?