Category Archives: Dziwne poglądy

Bóg nie lubi niepełnosprawnych?

Kpł 21, 17-23

” 17 Tak mów do Aarona: Ktokolwiek z potomków twoich według ich przyszłych pokoleń będzie miał jakąś skazę, nie będzie mógł się zbliżyć, aby ofiarować pokarm swego Boga. 18 Żaden człowiek, który ma skazę, nie może się zbliżać – ani niewidomy, ani chromy, ani mający zniekształconą twarz, ani kaleka, 19 ani ten, który ma złamaną nogę albo rękę, 20 ani garbaty, ani niedorozwinięty, ani ten, kto ma bielmo na oku, ani chory na świerzb, ani okryty liszajami, ani ten, kto ma zgniecione jądra. 21 Żaden z potomków kapłana Aarona, mający jakąś skazę, nie będzie się zbliżał, aby złożyć spalaną ofiarę Panu. On ma skazę – nie będzie się zbliżał, aby ofiarować pokarm swego Boga. 22 Jednakże wolno mu jeść pokarm swego Boga, zarówno święty, jak i najświętszy. 23 Tylko nie będzie podchodził do zasłony i nie będzie się zbliżał do ołtarza, bo ma skazę. Nie będzie bezcześcił moich świętości, bo Ja, Pan, jestem tym, który je uświęca! ”

Niewidomy swoją obecnością bezcześci ołtarz. Spoko. Piję twoje zdrowie, Boże. Tylko nie potknij się i nie wybij zębów, jak będziesz wychodził. Na schodach jest ciemno.

Ewangelizacja: shock and awe

„Jezus umarł za Czechy”
„Jezus kocha Polskę”
„Rosja należy do Boga”
„Pan Bóg kocha Grecję”
Takie subtelne transparenty (w narodowych językach) chce rozwiesić przed oczami kibiców archidiecezja wrocławska i Centrum Kultury im. Jana Pawła II.

Zbigniew Czendlik, polski ksiądz pracujący w Czechach, tak odpowiada na pytanie o tę akcję:

Marta Gołębiowska: W założeniu akcja ta ma zbliżać Polaków i Czechów. Tak przynajmniej twierdzą jej organizatorzy.

Ks. Czendlik: – Są w błędzie. Przede wszystkim pokazują, że nie znają swoich sąsiadów. To, że Czesi nie identyfikują się ściśle z żadną konkretną religią, nie oznacza, że nie są wierzący. Wierzą w Boga, a nie w instytucję, jaką jest Kościół. Plakaty i transparenty, o których pani mówi, będą natomiast sugerować, że Czesi to ateiści, których trzeba przy każdej okazji nawracać. A to krzywdząca, niesprawiedliwa opinia. Ktoś może się nawet obrazić. W moim odczuciu Czesi są bardziej uduchowieni niż Polacy, głębiej przeżywają swoją wiarę.

(podkreślenie moje)

Nie jestem kibicem, ani Czechem. Ale na pewno nie życzę sobie, by ktokolwiek za mnie umierał. Żeby ktokolwiek epatował takim szantażem emocjonalnym. Poziom tych sloganów jest żenujący, i pokazuje brak umiejętności nawiązywania kontaktu z innym człowiekiem, takim jaki on jest. Polski misjonarz nawiązuje kontakt jedynie z tymi, którzy chcą, by inny za nich umierał, w dodatku na krzyżu. A co z resztą?

Jaką ofertę religijną ma Kościół dla tych ludzi, dla których retoryka „odkupienia przez śmierć” jest obca, lub wręcz oburzająca?

Odpowiedź brzmi – żadną. Kościół tych ludzi nie rozumie. I odmiawia im prawa do wiary, do religijności. Kościół chce gadać, nie chce słuchać.  Jaki jest związek takiej gadki (umarł za…, kocha twój kraj…, świat należy do niego) z moim życiem? Żaden. Brzmi absurdalnie, patetycznie i arogancko.

Nie można za nikogo umrzeć – to niczego nie załatwia (ciekawe, co o umieraniu za Czechy mówi Nowy Testament).  Nie można kochać narodu ani państwa – brzmi to conajmniej infantylnie. Chcecie kogoś „nawrócić” (co za słowo) na swoja bajkę – pokażcie mu, że rozumiecie jego życie.

Mój stosunek do osób wierzących (i wszystkich, w tym i siebie)

Fot: sethoscope @ flickr

Tytuł jaki nadałem temu wpisowi wywołuje we mnie zażenowanie. Zrobiłem to celowo, by zaraz się wytłumaczyć. A mianowicie, chodzi o to, że nie traktuję teistów, czy wierzących w cokolwiek, inaczej niż ateistów. Przynajmniej tak sądzę – takie mam sam o sobie mniemanie. Kategoria „teista / ateista” nie interesuje mnie, gdy poznaję nowych ludzi. Jest głęboko ukryta na dalszym planie, gdy myślę o przyjaciołach i znajomych. Nie lubię, widząc człowieka, mówić sobie „oto wierzący”. Zdarza mi się to czasami, przyznaję. Ale nie lubię tego i sam się przed sobą wstydzę.

Rozumiem to tak samo, jak rozgraniczam chociażby dzieło artysty od jego biografii. Jak dzieło filozofa od jego żywota. To jak zmarł Nietzsche nie ma dla mnie przełożenia na to, jak czytam jego teksty (raczej: czytałem). Moja opinia o Larsie von Trierze nie ma wpływu na to, co sądzę o jego Idiotach.

Usłyszałem kiedyś, że dojrzały chrześcijanin odróżnia grzech od grzesznika. Stąd pewnie tolerancja Kościoła dla dzieł Carravaggia, awanturnika, pijaka i człowieka dość lubieżnego. Przykładów pewnie znalazłoby się więcej.

Więc chciałbym, aby uszczypliwości, jakie zdarza mi się praktykować pod adresem tych czy innych przekonań, nikt nie brał osobiście. Nie są atakiem na czyjekolwiek życie.

Dalej – uważam, że każdy swoje przekonania stwarza sam, z tego co ma akurat pod ręką. Lepi je z wielu uświadomionych ale i nieuświadomionych elementów. Dodajmy do tego zwyczajną ludzką skłonność do pewnej nieciągłości przekonań. Do tego, że są (jesteśmy)  racjonalistami w pracy, a w domu działają irracjonalnie. Że mówiąc o akwarystyce są sceptykami, a przechodząc w dyskusji do futbolu stają się mistykami. W tygodniu stateczni, a od święta podatni na wybuch emocji.

Ludzie żywią wiele przekonań przypadkiem, choć gdyby ich zapytać – będą przekonywać, że to w 100% ich wola i świadomy wybór. Nie doceniają dyskretnych schematów mentalnych, którymi nasiąknęli w dzieciństwie, przez osmozę, a które formatują ich dorosłe przekonania, cały horyzont myślowy.

Więc ulepieni z wielu drobinek myślenia o religii, wierze, duszy etc, nauczeni pojęć takich a nie innych do opisu niuansów ich intymnego przeżywania emocji i świata, pozostają tym przekonaniom wierni. Są przyzwoici, bo wychowano ich na przyzwoitych ludzi – ale powiedzą, że to religia ich takimi zrobiła. Są uczynni, bo uczynności nauczyli się od matki, ale powiedzą, że utrzymuje ich w tym lektura Nowego Testamentu. Nie ma znaczenia, że w Nowym Testamencie jest ledwie parę fragmentów o uczynności, otoczonych morzem nieistotnych z etycznego punktu widzenia opowieści. Dla nich to będą te fragmenty najistotniejsze, z którymi czują się zżyci tak mocno, jak stare drzewo z siatką płotu, przy którym zbyt blisko wyrosło.

Nie chcę być inkwizytorem, i przymuszać ludzi w dyskusji, by przyznawali, że nie do końca wiedzą w co wierzą. Że nie do końca znają kwestie swej wiary.  Czuję, że próbując wyrwać ten wrośnięty płot, odrąbałbym chyba zbyt wiele. Nie wiem czy warto… Sam przecież też  nie wiem wszystkiego i nie jestem tak racjonalny, jakbym chciał. Moje oczekiwania wobec rzeczywistości, mój ateizm, nie są najważniejsze.

Napisałem tę powyższą deklarację, bo czytam ostatnio (niesystematycznie) właśnie Nowy Testament, i zadziwia mnie jak wielką wagę przypisuje się tekstom tam zebranym. Pierwszą moją reakcją była chęć ataku, poczucie mocnego oręża,  jakim ta lektura mnie obdarzyła. Przeszło mi. Nie ma to najmniejszego sensu. Jedyne czego bym sobie życzył, to bardziej krytycznej nauki o Biblii w szkole. I o początkach chrześcijaństwa, bynajmniej nie laurkowych. Ta wiedza powinna być ogólnodostępna, nie zarezerwowana tylko dla studentów historii. Z tej wiedzy uczniowie powinni być sprawdzani. Potem niech każdy robi z nią co chce.

Deklarowane przekonania to jedno, życie to drugie. Życiem człowieka władają emocje. Dlatego warto być wobec innych ludzi wyrozumiałym. Nie następować im na odcisk. Wierzą, że Józefowi jakaś postać we śnie kazała wracać z Egiptu do Palestyny? Spoko. Podniecają ich wyścigi formuły 1, albo motocykli na żużlu? Wszystko to dla mnie jednakowo absurdalne. Trudno. Można z tym żyć.

Na emocjach robi się największe pieniądze, kariery polityczne. Człowiek, który krytycznie przygląda się własnym uwikłaniom emocjonalnym i stara się je ograniczać, skazuje się trochę na opinię dziwaka. Na głupiego grilla nie można go zaprosić, bo zaraz zacznie kręcić nosem, że mięso, że smród, a że w ogóle to czy trzeba tyle jeść… nieżyciowa maruda po prostu.

Więc jedni pójdą na mecze Euro 2012, inni na pielgrzymkę, na Krakowskie Przedmieście, na grilla z piwem. Tłumy Japończyków przewalą się przez salony paczinko, muzułmanie okrążą kamień Kaaby. Moja babcia będzie się za mnie modlić, sąsiad zalewać niemoc w alkoholu. Ktoś będzie się masturbować, ktoś namiętnie i czule kochać, ktoś prostacko dupczyć. Wśród tych wszystkich ludzi są być może moi bliżsi lub dalsi przyjaciele, znajomi.

W radio padają wiadomości o procesie kanonizacyjnym JPII. Ktoś jedzie głośnym motocyklem po ulicy. Pies robi kupę na trawniku. Zaprawdę godne to wszystko i sprawiedliwe. Słuszne i zbawienne. Ale po co od razu o tym pisać?

Pasja przemocy

Kiedy świat dowiedział się, że Andreas Breivik istnieje, publicyści polskiej prawicy wylali morze atramentu, by nam pokazać, że on z prawicą (a z nim prawica) nie ma nic wspólego.

Wybrałem się na sieciowy spacer po witrynach i zebrałem trochę wyśmienitych obrazków, które pokazują głęboką niechęć brunatnych do używania przemocy:

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Zmieniaj rzeczywistość za pomocą broni palnej,wsłuchaj się w kanonadę narodowego romantyzmu, walka trwa!.

Stąd do absolutu i z powrotem. Wielki bieg Terlikowskiego

Doktor filozofii, spiritus movens wielu twardokatolickich inicjatyw medialnych, Tomasz Terlikowski rozmawiał z Grzegorzem Sroczyńskim z Wyborczej („Polska ustami Boga” Duży Format, 14 IV 2011). Cytuję:

TT: Wcale nie chcę! (żyć w państwie katolickim – dop. mój). Mnie najbliższa jest recepta, którą przedstawił kardynał Ratzinger: lekarstwem na nihilizm, brak wartości jest to, żeby politycy – wierzący i niewierzący – zaczęli działać tak, jakby Bóg istniał. Jakby prawo i moralność nie były zależne wyłącznie od konsensusu między ludźmi. Musimy mieć fundamentalne wartości, które nie podlegają głosowaniu.

GS: Jednak to w Europie już mamy: Deklaracja praw człowieka, na wskroś chrześcijańska. Nie krzywdź drugiego. Pomagaj.

TT: Ale tam nie ma absolutu.

GS: No i dobrze, bo żyjesz w świecie, w którym jedni wierzą, inni nie.

TT: Źle. Bo żeby rzeczywiście te prawa egzekwować, to trzeba w wymiarze świeckim przyjąć, że jest absolut, gwarant tych wartości.

GS: Ale po co?

TT: Bo bez tego to jest niewiele warte. Dziś możemy się umówić tak, jutro – siak. Umowę zawsze można zmieniać. Przegłosować sobie inne wartości. Świat bez wartości, dla których ludzie są gotowi umrzeć, jest jednocześnie światem bez wartości dla których warto żyć (podkreślenia moje).

To fascynujące, że można tak lobbować na rzecz platońskich niebieskomigdałowych idei. A może nawet nie tyle samych idei, co materialnych do nich odniesień – bo w gruncie rzeczy do tego się sprowadza zapisanie w jakimś dokumencie „odniesienia do absolutu”. Pięknie jest wytykać innym nihilizm, podczas gdy samemu jest się pod pewnym względem nihilistą – bo Terlikowski prawie wcale nie wierzy innym ludziom, nie ma do nich prawie wcale zaufania. Nie wierzy, że ich pomysły i robota (pogardliwie nazwana głosowaniem) ma jakiś sens. Jest to nihilizm ignorowania ludzkiej, przyziemnej rzeczywistości, na rzecz literackich i abstrakcyjnych fantazji.

Panie Tomaszu, ja też wierzę w absolut – niewyczerpany absolut ludzkiej głupoty. I dlatego, w tym zmiennym świecie, gorąco popieram nasz (ludzki) wysiłek dochodzenia do pewnych standardów, bez prób dodawania im splendoru metafizycznymi odwołaniami. Trzymajmy się tego co pewne jest dla wszystkich – skończonej egzystencji i tego, że warto podejmować wyzwania by ograniczać cierpienia ludzi i innych istot. Mi to wystarcza. Proszę mnie nie szantażować śmiercią ani Bogiem politycznym z recepty Ratzingera.

Napominanie o wartościach dla których warto umrzeć to bełkot. Raz, że to rzucanie słów na wiatr, bo nie widać (na szczęście!) żeby się redaktor Frondy do tego rwał. Po drugie – jest to kultywowanie śmierci jako najlepszej rzeczy jaką można zrobić w jakiejś sprawie (kompleks powstańczy się kłania). Po trzecie – rodzi głupią wymówkę dla posyłania ludzi na śmierć – że to za wartości. Nie bardzo wiem, za jakie wartości giną Polacy w Afganistanie i afgańscy cywile. Wiem za to, za jakie wartości giną talibowie. Za podobne (uogólniając, i pewnie nie wszyscy, bo część zwyczajnie broni ojczyzny) co żołnierze Wehrmachtu – za Gott mit Uns, czyli po ludzku „nasze jest lepsze od waszego”. Niestety, panie Tomaszu, o pięknie umierania za wartości z talibami znajdzie pan wspólny język. I po czwarte – jest to granie na emocjach, szantażowanie ostatecznymi wyborami, o których się mało wie a po których nie zostaje wiele prócz trupa i ludzi, którzy z nim zostali i dalej muszą żyć sami. W swojej retoryce Terlikowski zapomniał, że życie też jest wartością (ta sama postawa ujawnia się zwykle przy wspominaniu powstań, np. Warszawskiego – słyszymy mantrę „umarli za Polskę”. A nie mogli spróbować za nią żyć?).

Oczywiście, zdarzają się przypadki, które podchodzą pod określenie „śmierci za wartości” i które trudno kwestionować. Tak umierały niektóre ofiary reżymów (w historii trudnych do zliczenia, w tym Pinocheta- pupilka polskiej twardej prawicy). Samospalenia jako radykalny protest. Etc. Są to jednak przypadki tak skrajnie różne od tego, w jakich warunkach teraz żyjemy, że ustanawianie na ich podstawie jakiejś reguły jest nonsensem. W czasie bezpieczeństwa i pokoju chełpić się tym, że jest się gotowym umrzeć „za wartości” jest tylko populistycznym chwytem retorycznym. Czynów tzw. bohaterskich, radykalnie ryzykujących życiem, dokonywali na ogół ludzie skromni, którzy post factum często nie potrafią za bardzo o tym mówić. Jak się widzi ludzi w płonącym domu, to albo się wbiega by im pomóc albo nie, absolut tutaj nie ma nic do rzeczy, decyzja zapada w ułamku sekundy i nie zależy od światopoglądu czy preferencji politycznych.

Jednak najczęściej gadanie o wartościach w kontekście śmierci jest wspaniałym alibi dyktatorów w ich real-politik. Jest też wysoko energetycznym paliwem dla amokantów ogarniętych pasją niszczenia i zabijania.

TT: Czeski filozof i ksiądz Tomasz Halik zadał mi podobne pytanie: „W czym wy jesteście lepsi od nas – Czechów, ateistów? Nie ma u nas więcej przestępstw, nie pijemy więcej.” Odpowiedziałem: „To wszystko prawda. Ale proszę pomyśleć, co to by było, gdyby Polacy nie byli chrześcijanami. Kogo byście mieli za miedzą! Jeśli nawet przy pomocy łaski bożej jesteśmy tacy słabi, to bez niej bylibyśmy potworami”. Tak uważam. Być może Czesi łaski bożej nie potrzebują, żeby trzymać pion. A Polacy potrzebują. I chciałbym, żeby wiedzieli, że mają skarb. I pokazywali innym jaki to skarb.

Bylibyśmy potworami? Chciałoby się podsumować to odpowiedzią – nie sądź innych według siebie. To kolejny dowód na to, że Tomasz Terlikowski zasadniczo nie wierzy w ludzi. Znaczy w Czechów wierzy, ale chyba tylko dlatego, że mu ksiądz katolicki zadał pytanie pod włos. W Polaków nie wierzy, co oznacza, że dla niego Czesi od Polaków różnią się w sposób fundamentalny. Są inaczej skonstruowani? A może, tak nieśmiało podpowiem – różnica jest kulturowa? A jaki to niby skarb, z którego jest taki pożytek, że jesteśmy tacy sami jak inni (choćby Czesi)? Może to tyle, co guzik z pętelką? Więc co to za odezwa „pokazujcie innym jaki to skarb”? W pokazywaniu celują głównie dorobkiewicze. Jak ktoś jest czegoś pewien, nie musi się z tym obnosić. A może trochę skromności i niech raczej po owocach nas (Polaków) poznają?

Dalej, co z Polakami, którzy nie są chrześcijanami? Są potworami? Ciekawe, czy Czesi odczuwają tę różnicę, i kiedy nas odwiedzają widzą wyraźnie masy chrześcijan ze skarbem łaski bożej a pomiędzy nimi niechrześcijańskie potwory. Ehh, jest to pomysł na niezłe opowiadanie s-f…

Wracając do rzeczywistości:

GS: „Holocaust to pikuś w porównaniu  z masowym mordem na wielką skalę, który trwa obecnie”. To cytat z ciebie.

(…) TT: Pikuś jest niedobre. Zgoda. Wycofuję. Ale porównanie do Holocaustu podtrzymuję. Bo dla mnie jest ważniejsze, żeby te 42 mln (roczna liczba aborcji, którą podaje Terlikowski powołując się na WHO – dop. mój) ludzi żyły, niż żeby ktoś miał dobre samopoczucie. To nie jest spór o to, czy nam się dobrze i kulturalnie rozmawia, tylko o mordowanie ludzi.

GS: (…) Kolejny cytat z ciebie: „Za 80 mln dzieci które zginęły w czasie procedury in vitro, kiedyś odpowiecie” Jak to policzyłeś?

(…) TT: Nie powinno się używać terminu zarodek. (…) „człowiek na zarodkowym etapie rozwoju”.

Podobnie jak powyżej, Terlikowski brzmi dla mnie jak nihilista. Jest dogmatykiem, który nie widzi naszego świata, bo cały czas patrzy w niebo. Uważam zrównywanie ludobójstwa, zabiegów aborcji i zarodków z zabiegu in vitro za nihilizm. Negowanie istotnych różnic (ludobójstwo, aborcja, in vitro) dla uzyskania emocjonalnego, radykalnego efektu jest emocjonalnym szantażem.

GS: (…) Sędzia musi byc niezależny, od biskupa też.

TT: Jest katolikiem, a katolik nie uznaje rozwodów.

GS: Tomek, on tam orzeka świecki rozwód, nie kościelny. Co ma jedno do drugiego?

TT: Nie powinien uczestniczyć w orzekaniu o rozwodzie.

GS: Rozwody powinny być zakazane w Polsce?

TT: Tak.

Nie skomentuję.

GS: Po co tak pisać: „Małżeństwo zrównane ma być z konkubinatem i relacjami homoseksualnymi. A w dalszej perspektywie także z zoofilskim związkiem pana z kozą”. Pokazujesz gejów w kontekście obrzydliwym.

TT: Pokazuję tylko pewien proces. Że zaraz wszystko będzie wolno. Ale nie twierdzę, że te dwie rzeczy są tym samym.

Doktor filozofii podpiera się argumentem z równi pochyłej* i bez zażenowania bawi się w proroka. Cel uświęca środki – to sprawdzona zasada demagogii, tutaj przypadkiem ubranej w katolickie piórka.

* „Błąd równi pochyłej dotyczy takich rozumowań, w których dowodzi się, że uczynienie pierwszego kroku K1 (lub dopuszczenie do stanu rzeczy K1) zaowocuje koniecznością wykonania drugiego kroku K2 (pojawienia się stanu K2), to z kolei zmusi nas do kroku K3 i następnych, prowadzących w końcu
do skutków, które są bez wątpienia nieakceptowalne, nieetyczne, itd.”
Adw. dr Rafał Morek – Sztuka argumentacji

Postscriptum

Postanowiłem dodać jeszcze parę słów do powyższego wpisu, bo opowieści Terlikowskiego są obfitą kopalnią inspiracji. Jakością samą w sobie.

Odnośnie argumentu równi pochyłej, dodam, że jak mało który sposób argumentacji więcej mówi nam o człowieku, który go używa, niż o sytuacji którą miałby opisać. To samo dotyczy oczywiście „widzenia znaków”:

TT: Jak patrzę na naszą historię, to mam wrażenie, że Bóg chciał coś światu przez Polskę powiedzieć. Weźmy Faustynę i jej objawienia. Jest tam fragment, w którym Pan Jezus mówi, że z Polski wyjdzie iskra, która przygotuje świat na powtórne Jego przyjście.

GS: Strasznie megalomańskie.

TT: Bo w to nie wierzysz, więc się mądrzysz. Mam mówić dalej czy cię to nie interesuje?

GS: Interesuje.

TT: Jesteśmy krajem, który może się przyczynić do reewangelizacji Europy. I to jest właśnie nasza misja. Smoleńsk jest pewnym znakiem. Przypomina Polakom, że nie mają tak łatwo: tylko zarabiać, kupować, jeść i spać. Wzorzec wygodnego, fajnego życia nie do końca jest dla nas. Mamy zrobić coś więcej.

Pomińmy to, kto się mądrzy w tej wymianie zdań. Jak ktoś chce widzieć „znaki”, to je znajdzie (powiedz jakie widzisz znaki, a powiem ci kim jesteś). Faustyna, Rozalia Celakówna i Tomasz Terlikowski są skupieni na interpretacji religii wg narodowego klucza (Polska to, Polska tamto), nie tylko więc dopisują własne wątki do nauki Chrystusa (który kompletnie ignorował kwestie narodowe), ale również zdradzają po prostu swoje uwikłanie w Polskie sarmacko-romantyczne kompleksy (my inni od Zachodu i od Wschodu).

Poproszę jeszcze więcej Mickiewicza i Sienkiewicza czytanych na kolanach, jeszcze więcej obrony Jasnej Góry i przechodzenia przez Morze Czerwone.  To nam na pewno wyjdzie na zdrowie. Bóg chciał światu coś przez Polskę powiedzieć – skromniej się nie da! Jest to upierdliwe chlipanie neurotycznego bachorka: „patrzcie wszyscy jak się skaleczyłem w kolano”. Skupienie polo-katolików na rozpamiętywaniu realnych i wyobrażonych (Katyń 2010!) wypadków przybliża ich do szyitów, którzy podobnie mnóstwo energii wkładają w to, by pokazać innym, jak mocno cierpią przez stratę imama Hussaina. Wyobraźnia nie zna granic.

Cała rozmowa Tomasza Terlikowskiego z Grzegorzem Sroczyńskim jest tutaj.

Reinkarnacja, wędrówka mitów

Szczerze mówiąc, nie bardzo interesuje mnie temat reinkarnacji. Podejmuję go głównie dlatego, że spotykam się raz po raz z oczekiwaniem rozmówców, by przytaknąć pop-poglądom o wędrówce dusz – czego robić nie zamierzam.

Wieść gminna niesie: reinkarnacja polega na tym, że dusza (czy świadomość, czy co tam chcecie) Jana Kowalskiego po jego śmierci szuka sobie nowego opakowania i dostaje je wedle swych zasług – zwierzęce (jeśli grzeszył), kiepskie ludzkie (jeśli żył na pół gwizdka) czy sprawne i piękne (jeśli w poprzednich żywotach Jan Kowalski był uczynnym, skromnym i dobrym). Być może taki jest pogląd hinduizmu na tę kwestię, nie sądzę jednak by był do utrzymania w buddyzmie.

Wydaje mi się, że niektórzy ludzie zrobią wszystko by podtrzymać w sobie wiarę, że „nic nie dzieje się przypadkowo” zasadniczo mając ma myśli „nie bez przyczyny jestem piękny i zdolny”. Myślę, że niektórym schlebia fakt, że ich obecne ciało jest tylko przejściowym pojemnikiem na „coś” (dusza?) najbardziej w nich prawdziwego, na ich esencję. I śmierć pozwala tej esencji znaleźć nowe opakowanie. To oczywiście bardzo romantyczne. Pogląd taki pielęgnuje kult własnego istnienia, istnienia w postaci głęboko ukrytego, niewidzialnego pierwiastka „ja”, o które trzeba dbać robiąc dobre uczynki, żeby nie odrodzić się w Darfurze w obozie dla uchodźców.

Wynika to pewnie z ekonomii przyswajania informacji. Prościej jest przytaknąć wędrówce duszy przez cielesne opakowania niż zrozumieć Cztery Pieczęcie Dharmy i Cztery Szlachetne Prawdy, czyli słowa Buddy fundamentalne dla jego nauczania. Buddyzm wyklucza istnienie duszy, czy czegokolwiek podobnego. Trzecia pieczęć dharmy mówi: Wszystkie zjawiska są puste i nie posiadają jaźni „ja”. Jeśli „ja” nie istnieje – co w takim razie miałoby się odradzać?

Ja wstaję, ja jem, ja pracuję, ja kładę się spać. Oto wędrówka duszy (świadomości) przez 24 godziny ziemskiego czasu. Nazwę tutaj taki pogląd na życie zdroworozsądkowym. Niezbyt zdroworozsądkowy jest pogląd buddyjski, który mówi, że życie to ciąg przyczynowo-skutkowy i nie ma nic co by łączyło w nas jeden dzień z kolejnym, poza pamięcią naszych wrażeń z poprzednich dni i tendencjami do takich a nie innych wyborów w przyszłości. Życie jest jak kostki domina – jedna przewracając się popycha następną. Każda kostka jest osobno, łączymy je ze sobą naszą koncepcją „ja”, co jest źródłem mniej lub bardziej dosłownego cierpienia. Słyszałem kiedyś inną metaforę tego poglądu – kule bilardowe. Kula uderzając w inną przekazuje jej część swojej energii o pewnym wektorze, to wszystko. Nie ma sensu dorabiać teorii, że jakaś dusza kuli bilardowej wędruje z jednej bili do drugiej.

Zastanawia mnie też, że na ogół moi rozmówcy odnoszący się do ludowej wersji reinkarnacji mają duży kłopot, żeby zaakceptować koncepcję memów. Wędrówka duszy – brzmi uroczo, ale wędrówka jednostki informacji? Jakoś to mało sympatyczne! Niniejszym dedykuję im ten obrazek – Adolf Hitler reinkarnowany memetycznie w mongolskim stepie (źródło). W taki zaskakujący sposób realizuje się sen o Tysiącletniej Rzeszy.

 

 

 

 

 

 

Nie mam pod ręką przykładu, ale nieraz w literaturze buddyjskiej spotyka się sformułowania w stylu „robiąc to czy tamto, ryzykujesz odrodzenie w ciele małpy lub osła”. Pojawiają się na ogół w dawnych tekstach. Nie ma sensu rozumieć ich dosłownie, są pewnie raczej ukłonem w stronę folklorystycznego kontekstu odbiorców i skrótem metaforycznym niż jakkolwiek wiążącą opinią o rzeczywistości. Na pewno nie bardziej dokładną niż stwierdzenia typu „w sześć dni stworzył świat a siódmego odpoczywał”.

Poza wszystkim, posiadanie koncepcji reinkarnacji jest tak samo praktyczne, jak wiedza na temat nieba i piekła. Ani się na nich nie wyśpisz, ani się nimi nie najesz. Ludzie na ogół wkładają je sobie do butów, wierząc że dzięki temu będą trochę wyżsi.

W Afryce nie sposób się nudzić

Prawdę mówiąc od pierwszej mojej wyprawy do północnej Afryki mam pewną słabość do małych Arabek. „Czarodziejki”… – powiedział o nich Adam rano przy promie, kiedy dziewczynka może dwunastoletnia, z figlarnie opartą na biodrze reką patrzyła na niego z żarem, przed którym nie ma ucieczki.

Ten i inne fragmenty książki Marcina Kydryńskiego skomentowała Katarzyna Barczyk na portalu afryka.org. Kydryński się tłumaczy (źródło – blog nachasz.wordpress.com), potem to tłumaczenie usuwa i publikuje w wersji wygładzonej.

…chłopak, który ją pisał, nie żyje już od dawna. W imieniu tamtego, dwudziestoparoletniego człowieka, którego prawie już dziś nie pamiętam.

Utalentowany i nie pozawiony bynajmniej self-esteem efeb klasy próżniaczej dba o wizerunek. Polecam zatem przed następną podróżą* wynająć firmę PR, która podpowie co robić, czego nie. Żeby nie trzeba było więcej uśmiercać narratora, zasłaniać się niepamięcią. Szkoda tamtego młodego chłopaka – przystojny, męski, dziarski. A dziś nawet najbliżsi nie chcą pamiętać. Dla polskiego dziennikarstwa muzycznego i sztuki konferansjerskiej to niepowetowana strata.

___

*Słowo ująłem kursywą dlatego, że smuci mnie fakt, że za wytrawnych podróżników w Polsce robią Wojciech Cejrowski czy właśnie Kydryński. Obaj mają ego większe niż wrażliwość, jakkolwiek ujęta – a to dla mnie dyskwalifikuje obu jako osoby, których obserwacje są cokolwiek warte. Wręcz powiedziałbym, że nie tyle podróżują, co kolekcjonują wrażenia i skupiają się jeszcze bardziej na sobie. Oczywiście mają prawo mieć odmienne zdanie na ten temat:

Nie chciałbym jednak uchodzić za wszystko wiedzącego w tej kwestii, ponieważ ostatnio doszedłem do wniosku, że należę do ostatniego pokolenia, które potrafi podróżować romantycznie.

Howgh!