Category Archives: Ciało

325 triathlonów siostry Madonny

Triathlon, czyli trójbój, to zestaw trzech odcinków, pokonywanych wpław, rowerem, a na końcu biegiem. Konkurencję tę rozgrywa się na różnych dystansach. Np. podczas olimpiady zestaw to 1,5 /40 /10 km. Tzw. Ironman triathlon to odpowiednio 3,9 /180 / 42 km, z limitem czasu 17 godzin.  Madonna Buder, katolicka zakonnica, zaczęła trenować w wieku 48 lat. Urodzona w 1930 r., ma obecnie na koncie 325 triathlonów, w tym 36 klasy Ironman.

Siostra Madonna należy do zgromadzenia „Sisters for Christian Community”, organizacji założonej po II Soborze Watykańskim. Artykuł w Time tak streszcza jej ogólne założenia:

The S.F.C.C. has no mother general, much less a mother house, since it owns no real estate. Each sister makes a home for herself, sometimes shared with one or two other members, finds her own job and pays her own taxes. Each writes a private commitment to Christ instead of taking formal vows. None is required to wear a habit or any other religious symbol. Many, however, (…) wear crucifixes or other emblems of the profession.

The Sister Fund, portal, którego ambicje wyraża motto „Women Transforming Faith – Faith Transforming Feminism…”, pisze:

Sisters for Christian Community–a self-governing, independent group not subject to Vatican oversight, but recognized by the Vatican as an alternate form of Catholic sisterhood.

Cytat pochodzi z artykułu „Nuns on the run: Why is the Pope targeting women?„, opisującego mocną reakcję Watykanu na inicjatywy podejmowane przez niektóre zbyt niezależne zakonnice amerykańskie. Jak każda biurokracja, poświęca on sporą część swoich wysiłków na utrzymanie status quo sfery wpływów i ochronę fasadowego wizerunku.

Using the same procedure it so belatedly imposed on priests who sexually assaulted children, the Vatican is investigating nuns who supported social justice.

Można powiedzieć, że analogiczną reakcję wywołał swego czasu ruch książy robotników (głownie we Francji), którzy poszli pracować w zakładach przemysłowych, żeby być bliżej ludzi. Konsternację Watykanu wywołały choćby przypadki wstępowania tych kapłanów do komunistycznych związków zawodowych. Tak tamtą sytuację kwituje ks. Andrzej Przybylski:

Okazało się, że w wielu przypadkach to nie księża przemieniali robotników, ale robotnicy zmieniali księży. (…) Nie uważam, że najlepszym lekarstwem na ewentualne lenistwo kapłanów jest posłanie nas do świeckiej pracy.

W tym poglądzie wyraża się strach organizacji – tracimy wpływ na ludzi, ludzie zyskują wpływ na nas. No i musielibyśmy zmienić styl życia.

S.F.C.C. nie jest jedyną organizacją, która poszukuje nowej formuły dla życia zakonnego (o ile zakon jest tu dobrym określeniem). Artykuł w Time wspomina o Siostrach Loretto:

Loretto nuns have broadened their definition of community to include men and married couples as well as non-Catholics. But since the Lorettos are still under the authority of Rome, these lay people, called „co-members,” take no vows and thus are not officially part of the congregation. The sisters no longer make vows of poverty, chastity and obedience in the old formula, but write their own expressions of dedication, which retain the essence of all three vows. „Poverty,” says Sister Luke, „should mean detachment, not dependence. Obedience should be to the needs of people, and to the community, not just to superiors.

Samodzielność w sprawach ubioru, w podejmowaniu decyzji, elastyczność w dobieraniu metod pracy (Madonna Buder dedykuje swoje starty w zawodach konkretnym celom charytatywnym, na które zbiera pieniądze) wykraczają poza stereotypowy obraz katolickiej zakonnicy, szczególnie w Polsce. Jednak wachlarz zjawisk religijnych w Stanach jest znacznie szerszy, niż to do czego jesteśmy przyzwyczajeni w naszej okolicy, zdominowanej przez wojtylianizm i katolicyzm narodowy. Amerykanka Margaret Traxler kwestionowała monolityczne stanowisko Watykanu w sprawie aborcji (cyt. za Wikipedią):

In 1984 Traxler was one of 24 nuns who signed their names to a New York Times advertisement stating that there was more than one Catholic position on abortion. Traxler upheld the church’s teaching opposing abortion, but believed each woman had a right to make the choice for herself.

Brzmi rewolucyjnie? Może dlatego, że nie jesteśmy przyzwyczajeni do brania odpowiedzialności we własne ręce i za swoje czyny i wybory (szczególnie w sprawach zachaczających o religię). A to oznacza, że nie atakuje się innych ludzi dogmatami, tylko daje im mozliwość samodzielnego podejmowania decyzji, nawet jeśli my te decyzje uważamy za błędne. Podczas gdy Tomasz Terlikowski uprawia scholastyczną statystykę i notuje pilnie, ile zarodków ginie podczas zapłodnienia in vitro, niektóre amerykańskie zakonnice bez kompleksów zrzucają habity i wchodzą między ludzi i ich codzienność.

Religia, która zanurza się w życiu, sprywatyzowane sposoby wyrażania religijności to koszmar dogmatyków. Zakonnica w stroju sportowym, która obejmuje się z topless facetem to czkawka dla bigotów.  Kobieta, która sama pracuje na swoje utrzymanie, trenuje swoje ciało i podejmuje fizyczne wyzwania jest dla mnie znacznie bardziej wiarygodna od biskupa, który nie znajduje pół godziny, by pozamiatać chodnik przed swoim domem. Nie wiem w co dokładnie wierzy Madonna Buder. Może mieć inne niż ja poglądy na temat Myszki Miki czy wniebowstąpnia – nie ma to wielkiego znaczenia. Przekonuje mnie jej postawa.

Madonna Buder (w wieku 77 lat) na starcie triathlonu

Reklamy

Reinkarnacja, wędrówka mitów

Szczerze mówiąc, nie bardzo interesuje mnie temat reinkarnacji. Podejmuję go głównie dlatego, że spotykam się raz po raz z oczekiwaniem rozmówców, by przytaknąć pop-poglądom o wędrówce dusz – czego robić nie zamierzam.

Wieść gminna niesie: reinkarnacja polega na tym, że dusza (czy świadomość, czy co tam chcecie) Jana Kowalskiego po jego śmierci szuka sobie nowego opakowania i dostaje je wedle swych zasług – zwierzęce (jeśli grzeszył), kiepskie ludzkie (jeśli żył na pół gwizdka) czy sprawne i piękne (jeśli w poprzednich żywotach Jan Kowalski był uczynnym, skromnym i dobrym). Być może taki jest pogląd hinduizmu na tę kwestię, nie sądzę jednak by był do utrzymania w buddyzmie.

Wydaje mi się, że niektórzy ludzie zrobią wszystko by podtrzymać w sobie wiarę, że „nic nie dzieje się przypadkowo” zasadniczo mając ma myśli „nie bez przyczyny jestem piękny i zdolny”. Myślę, że niektórym schlebia fakt, że ich obecne ciało jest tylko przejściowym pojemnikiem na „coś” (dusza?) najbardziej w nich prawdziwego, na ich esencję. I śmierć pozwala tej esencji znaleźć nowe opakowanie. To oczywiście bardzo romantyczne. Pogląd taki pielęgnuje kult własnego istnienia, istnienia w postaci głęboko ukrytego, niewidzialnego pierwiastka „ja”, o które trzeba dbać robiąc dobre uczynki, żeby nie odrodzić się w Darfurze w obozie dla uchodźców.

Wynika to pewnie z ekonomii przyswajania informacji. Prościej jest przytaknąć wędrówce duszy przez cielesne opakowania niż zrozumieć Cztery Pieczęcie Dharmy i Cztery Szlachetne Prawdy, czyli słowa Buddy fundamentalne dla jego nauczania. Buddyzm wyklucza istnienie duszy, czy czegokolwiek podobnego. Trzecia pieczęć dharmy mówi: Wszystkie zjawiska są puste i nie posiadają jaźni „ja”. Jeśli „ja” nie istnieje – co w takim razie miałoby się odradzać?

Ja wstaję, ja jem, ja pracuję, ja kładę się spać. Oto wędrówka duszy (świadomości) przez 24 godziny ziemskiego czasu. Nazwę tutaj taki pogląd na życie zdroworozsądkowym. Niezbyt zdroworozsądkowy jest pogląd buddyjski, który mówi, że życie to ciąg przyczynowo-skutkowy i nie ma nic co by łączyło w nas jeden dzień z kolejnym, poza pamięcią naszych wrażeń z poprzednich dni i tendencjami do takich a nie innych wyborów w przyszłości. Życie jest jak kostki domina – jedna przewracając się popycha następną. Każda kostka jest osobno, łączymy je ze sobą naszą koncepcją „ja”, co jest źródłem mniej lub bardziej dosłownego cierpienia. Słyszałem kiedyś inną metaforę tego poglądu – kule bilardowe. Kula uderzając w inną przekazuje jej część swojej energii o pewnym wektorze, to wszystko. Nie ma sensu dorabiać teorii, że jakaś dusza kuli bilardowej wędruje z jednej bili do drugiej.

Zastanawia mnie też, że na ogół moi rozmówcy odnoszący się do ludowej wersji reinkarnacji mają duży kłopot, żeby zaakceptować koncepcję memów. Wędrówka duszy – brzmi uroczo, ale wędrówka jednostki informacji? Jakoś to mało sympatyczne! Niniejszym dedykuję im ten obrazek – Adolf Hitler reinkarnowany memetycznie w mongolskim stepie (źródło). W taki zaskakujący sposób realizuje się sen o Tysiącletniej Rzeszy.

 

 

 

 

 

 

Nie mam pod ręką przykładu, ale nieraz w literaturze buddyjskiej spotyka się sformułowania w stylu „robiąc to czy tamto, ryzykujesz odrodzenie w ciele małpy lub osła”. Pojawiają się na ogół w dawnych tekstach. Nie ma sensu rozumieć ich dosłownie, są pewnie raczej ukłonem w stronę folklorystycznego kontekstu odbiorców i skrótem metaforycznym niż jakkolwiek wiążącą opinią o rzeczywistości. Na pewno nie bardziej dokładną niż stwierdzenia typu „w sześć dni stworzył świat a siódmego odpoczywał”.

Poza wszystkim, posiadanie koncepcji reinkarnacji jest tak samo praktyczne, jak wiedza na temat nieba i piekła. Ani się na nich nie wyśpisz, ani się nimi nie najesz. Ludzie na ogół wkładają je sobie do butów, wierząc że dzięki temu będą trochę wyżsi.

Pruderia, przyjemność, pornografia. Na marginesie filmu 9 Songs

Przeglądając filmweb.pl, trafiłem na kilka opinii na temat filmu 9 Songs, cytuję (pisownia oryginalna):

film dno,,muzyka shit i porno akty(blowjob,handjob itp-bez cenzury:)) w częstych scenach erotycznych,,,,tak naprawdę nie wiadomo co reżyser chciał tym filmem pokazać

próba wciśnięcia nam kitu, że to nie jest pornus. JEST, brakuje tylko anala i trójkątów. reszta jest i to całkiem widoczna.

(zwolennicy szariatu mają rację, całkiem widoczna twarz kobiety to już zgorszenie i porno, brakuje tylko pupy i biustu)

wybacz że nie dostrzegłem w tym filmie jak dziwna w dzisiejszym świecie może być miłość, ale to porno mi zasłaniało widok…

(dziwne jest to, że zakochani ludzie uprawiają seks?)

zwykli aktorzy porno, zero emocji

(czyich emocji? komentującego?)

Głosy powyższe brzmią dość radykalnie, w opozycji do bardziej stonowanych, jak ten:

Reżyser pokazał związek dwojga ludzi. Bez wycieczek w dramat. To dokumentacja o zwykłego związku, jakich wiele. Seks , drugs and rock’n’roll. I o to chodzi – o autentyzm. To zwykły film, którego zadaniem było ukazanie związku. Według mnie się udało…

Dlatego postanowiłem go obejrzeć.

Nie żałuję, choć o filmie jako takim dużo napisać nie chcę, nie będzie to recenzja. Michael Winterbottom nie przeciągał nazbyt – obraz trwa 65 minut (parę scen dało by się sciąć). Wątek muzyczny zupełnie nie w moim typie. Całość prosta i bezpretensjonalna. To, co moim zdaniem jest jego fundamentem i naprawdę się broni – to pokazanie relacji i komunikacji pary młodych ludzi. A ta zbudowana i oddana jest naprawdę zgrabnie i sympatycznie. Wspólne sceny w łazience przed lustrem czy w wannie naprawdę mi się podobały. Jeżeli pokazujemy nagich (rozpusta!) partnerów podczas wspólnej (rozpusta!) kąpieli a kobieta zakochana w swoim chłopaku dotyka jego penisa (rozpusta!) i przytula się do niego… to co tu jest nie tak? W innej scenie pieprzą się rano a potem bez specjalnych westchnień i długich wymownych spojrzeń (erotyzm a la polska szkoła filmowa) przechodzą do robienia kawy. No właśnie. Tak wygląda seks. Tak wygląda budowanie relacji i wspólne życie. W związku jest miejsce na namiętność i pożądanie, a to oznacza, że facet ma sztywnego penisa a kobieta ma cipkę. I partnerzy się dotykają, całują, pieszczą i pieprzą. Dlaczego kogoś to boli? Wstydzi się własnego porządania?

Bardzo fajnie pokazana jest uroda bohaterów. Nie jest żurnalowa, na pewno nie są to zwykli aktorzy porno, aktorka grająca główną rolę w branży porno nie ma szans zaistnieć, gra głównie mózgiem a nie ciałem. Ci ludzie cieszą się sobą nawzajem i oprócz seksu (czyli tego co głównie zauważyli w/w krytycy) okazują sobie dużo codziennej, spontanicznej czułości. Seks jako istotny element budowania relacji jest pokazany szczerze. Widać, że towarzyszą mu emocje a relacja nie zawsze jest gładka i cacy. To zdecydowanie odróżnia 9 songs od porno, przynajmniej mainstreamowego. Z komentarzy na filmweb, pytanie: „Jakieś podobne filmy do tego?” – odpowiedź: „redtuba.com tam jest dużo…”. Otóż nie. Na redtube jest mięsne dupczenie, ginekologiczne zbliżenia, a równorzędne relacje partnerskie występują w homeopatycznej dawce. Seks jako penetracja, kobieta jako otwory. Mainstreamowe porno nie zajmuje się emocjami i więzią partnerów, tylko ilością i obfitością wytrysków. Aktorki to laleczki a aktorzy to buhaje. Porno-seks jest równie życiowy, co obraz jelenia na rykowisku. Można to łatwo zrozumieć, choćby odwiedzając polską stronę Seksualność kobiet.

Oczywiście film ma prawo się nie podobać, można go odebrać jako nudny. Zwyczajnie można nie mieć ochoty na oglądanie seksu. Nie jest wiekopomnym dziełem. Znakomicie jednak prowokuje pruderię. Dziwi mnie, że dorośli ludzie, którzy trafili na seans, zamiast spokojnie wyjść (jeśli nie trafili w swój gust i nastrój) – krzyczą, że brakuje tylko anala. Uważam, że mogłaby ten film oglądać młodzież, bo pokazuje związek, w którym jest i szaleństwo i trochę dragów i satysfakcjonujący seks. Jest to pokazane naturalnie i bez teatralnego przerysowania. Ciała bohaterów nie są idealne, scenografia dobrze oddaje pewną przeciętność – film nie ucieka w estetyzację. Nie moralizuje. Nie ma „głębokiej” puenty, co pewnie boli niepoprawnych romantyków. Mi seans w domowym zaciszu o tyle sprawił przyjemność (przyjemność to nie podniecenie, zastrzegam, by być dobrze zrozumianym), że pokazanie wzajemnej intymności, namiętności, radości z robienia sobie dobrze dwojga młodych ludzi uważam za rzecz na swój sposób piękną. Z jednej strony zwyczajną, ale z drugiej – wcale nie taką łatwą do osiągnięcia. Wielu ludzi ma w sferze erotycznej zachamowania, obawy. Bohaterowie ich nie mają. Cieszą się sobą bez lęków i kompleksów – to uważam za główną treść i zaletę tego filmu. Proszę mi pokazać polską produkcję, która radzi sobie z takim tematem równie swobodnie i bez ucieczek w symbolizm (nie oglądam dużo polskiego kina, więc nie wiem).

Przy okazji, sprowokowany wizytą na redtube, postanowiłem poszukać  jakiejś alternatywy dla wulgarnych pornusów. Znalazłem zjawisko o nazwie porno feministyczne (lub po prostu porno dla kobiet), o którym można poczytać np. tu. W Holandii powstał kanał telewizyjny DuskTV, który nadaje nie porno, a porna – czyli odmianę zorientowaną na kobiecą widownię (krótki opis w Wyborczej). Ładną stroną jest Femmerotic. Jeżeli ktoś szuka konkretnych produkcji, może zacząć od The Fifth Annual Good For Her Feminist Porn Awards. Filmy (i książki) na dobrym poziomie robi Erika Lust – zainteresowanym erotyką, cielesnością i feminizmem polecam jej blog. Zbiór filmów na dobrym poziomie, hispanojęzycznych, znaleźć można na blogu Descomposed. Są tutaj filmy nie tylko ero/pornograficzne (m.in. Eriki Lust), ale także ciekawe, krytyczne dokumenty o współczesnym biznesie porno, o seksoholizmie. O męskiej i kobiecej seksualności, o menstruacji, o zjawiskach sadomasochizmu i fetyszyzmu. Czy pracownicy TVP coś kiedyś słyszeli na te tematy? Halo! Jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć trochę ładnej i odważnej golizny na zdjęciach – proponuję blog Bend Me Over (to, że prowadzi go dziewczyna, dziwi wielu: Are you a girl? – Yes, I’m a girl. Why do I keep getting this question?).

W 9 songs pada zdanie, które można zadedykować przyzwoitkom obu płci – Tylko nieszczęśliwi ludzie źle tańczą. Seks jest rodzajem tańca, i jeżeli nie umie się współpracować, komunikować z partnerem – taniec kuleje. Tak zwane zdrowe publiczne zależy również od tego, czy ludzie nauczyli się odkrywać i szczerze realizować swoją seksualność. Libido jest potężną siłą. Dalajlama powiedział kiedyś (cytuję z pamięci), że zdarza mu się mieć erotyczne sny, z których budzi się mówiąc – Jestem mnichem! Czeski ksiądz Tomasz Halik powiedział z kolei (też z pamięci cytuję, więc mogę przekręcić), że udało mu się wytrwać w celibacie, ale odbyło się to kosztem tak wielkiego wysiłku, że zastanawia się, czy tej energii nie można by użyć w jakimś innym celu. Ci faceci mają klasę i stać ich na szczerość. Inni klasy nie mają i obmacują dzieci w zakrystii. Czy jest jakikolwiek sensowny powód (poza bajkową tradycją) wymagać celibatu od każdego, kto chce być kapłanem? Czy jest jakikolwiek powód, by kobieta nie mogła nim zostać? Dawkins podsumował to kiedyś na publicznym wystąpieniu, mówiąc, że kwalifikacją do bycia kapłanem jest najwidoczniej posiadanie penisa. Jako społeczeństwo musimy nauczyć się rozmawiać o seksualności. Dzieciom można wytłumaczyć co mają między nogami i że nie przyniósł ich bocian (o Wielkiej Księdze Cipek i Wielkiej Księdze Siusiaków wspominałem już kiedyś). Wstrzemięźliwość kwalifikuje się bardzo często jako jedną z dewiacji seksualnych. Z jakich powodów ludzka spontaniczna czułość i intymność oburza, a patetyczne sceny tortur i ukrzyżowania wzbudzają natchnienie? Nie rozumiem bigotów, nie zgadzam się z nimi i uważam, że ich wiktoriańska moralność szkodzi relacjom międzyludzkim, choćby promując fałszywe ideały odkupienia cudzych uczynków przez śmierć jednego człowieka w roli kozła ofiarnego.

Wiele wskazuje, że pruderia i udawanie, że libido nie istnieje, jest relatywnie młodym odkryciem kultury poddanej monoteistycznym wpływom:

The Sheila-na-gig was a craved representation of a naked woman squatting with her knees apart, displaying her vulva (…) Sometimes the figure appeared all over old Irish churches built before the 16th century, but Victorian prudery defaced or destroyed large number of them. (źródło cytatu)

Myślę, że za jakiś czas w kinie pojawią się (o ile już ich nie ma) sceny pieszczot homoseksualnych, bez owijania w bawełnę. I uważam, że jeśli będzie to odpowiednio subtelnie pokazane (tak, uważam „momenty” w 9 songs za uchwycone całkiem subtelnie) – stanie się bardzo dobrze (zdaje się, że coś udało się pokazać Agnieszce Holland w Całkowitym Zaćmieniu, ale ja go nie widziałem). Bi/homoseksualiści też mają prawo do swojej seksualności. A heterycy powinni mieć świadomość, że nie są jedyną opcją. (Ilustracja tego akapitu pochodzi z bloga anarchofeminist.)

Czas na wyjaśnienie pierwszej ilustracji. Choć oddaje ona istotę oburzenia widzów z filmweb (pieszczoty niech już będą, ale pod kołderką), prawdziwe jej znaczenie wyjaśnia autorka bloga The Mother’s Handbook:

Gynecologic examinations, and deliveries, were performed by a method known as “the Touch.” This magical technique involved the doctor examining the woman blind, often under her skirts, or covered by sheets. She might even have her face covered, as well, just to avoid any suggestion of sexuality from eye contact. The invention of the speculum by Recamier in 1801 (or re-invention, actually, since there are ancient references to a speculum-like instrument, and they were widely known in the Islamic world, but the French still claim the bragging rights) obviously caused a tad of consternation. (…) In 1851 he AMA condemned the speculum as embarrassing to women and hazardous for doctors’ status and reputation.

Status i reputacja – dyskretny fetysz bigotów. Ups. Naprawdę dziękuję, że los rzucił mnie do Polski pod koniec XX wieku. Żeby nie było zbyt mrocznie, na zakończenie tego wpisu proponuję sympatyczny obrazek, znaleziony na blogu Sex is not the enemy (na nim też znalazłem zdanie Whenever there’s a sex scandal, I feel sorry for sex., oryginalnie pochodzące z artykułu w The Nation).

Miłego dnia!

Jakie znasz słowo na „ć”?

„Wielką księgę cipek” postanowiłem kupić zgodnie z założeniem, że głosuje się również portfelem.  Opis znalazłem w Wysokich Obcasach, powędrowałem na stronę wydawnictwa – tam zaskoczenie, że powstały równolegle dwa wydania – „ocenzurowane” i „bez tabu”. Nabyłem wariant drugi – dzięki czemu okładkę, samą w sobie dość neutralną i sympatyczną, wydawca obsmarował mi wielkimi ostrzeżeniami na czerwonych polach „Bez tabu”, „Uwaga! Treści zawarte w książce mogą obrażać uczucia religijne”.

Książka jest adresowana do młodych ludzi. Czy w dziecięcym / nastoletnim wieku tak naprawdę można mieć jakieś „uczucia religijne”, które nie byłyby kalką histerii dorosłych – tylko się domyślam (że nie). Natomiast nie rozumiem, dlaczego na polski rynek produkt ten musi trafiać ometkowane ideologią. Dziecko,  zanim zapozna się z zawartością – z góry ma klucz do jej odbioru – „omijanie tabu” i „obrażanie uczuć”. Wydawało mi się, że dlatego właśnie w Polsce bardzo brakowało tej książki, że nie rozmawia się o goliźnie, cipkach, masturbacji etc, bez infantylnych rumieńców i zezowania w stronę ciotki-dewotki.

Oburzenie faktem wydanie książki najelpiej zilustrują cytaty z recenzji:

Okładki tych książek są wstrętne, mówiąc najdelikatniej. Treści również wstrętne, np. pada pytanie „co by było, gdyby Pan Jezus miał c***?” (wybaczcie, ale to nie przechodzi mi nawet przez myśl, więc pozwolę sobie na gwiazdki), „dlaczego Pan Jezus miał siusiaka?” i tu materializuje się nowatorski pomysł autora, bo zamieszcza on ilustrację, na której widnieje krzyż, z rozebraną kobietą, która również ma przebity bok, itp. (!!!)
To jakaś paranoja.
A już największą paranoją jest fakt, że takie książki znajdują swoich czytelników i kupców. Zastanawiam się czy rzeczywiście TAK źle jest z lekcjami dotyczącymi edykacji seksualnej, czy rzeczywiście rodzice dziś są aż TAK BEZRADNI  w tematach intymnych, by wprowadzać swoje dzieci w konieczną i potrzebną wiedzę?
Budzi we mnie niesmak fakt, że kolejny raz do takiej tematyki miesza się BOGA, podważając prawdę objawioną! Do EDUKACJI seksualnej, przez zgrabną manipulację, zaczyna się włączać kwestię EDUKACJI z masturbacji! To PARANOJA! Nie chce, by moje dzieci (jeśli Bóg da) wychowywały sie i rozwijały w takim misz-maszu i takim poprzestawianiu ról, wartości. Nie chce, by moje dzieci edukowały prymitywne książki i by to one stanęły w miejscu mojego męża i moim.
I wypowiedź jednej z komentatorek:
Mamciu, ja gorsze rzeczy widziałam. Np. wspomniane gdzieś przeze mnie kopulujące lale, którymi bawiły się duńskie dzieci w przedszkolach. Jak nie zrobimy stosu i nie wsadzimy tam całej tej produkcji razem z autorami to za chwilę będziemy mieli taki cyrk, że się nie pozbieramy.

Bulwersujący fragment (podważa prawdę objawioną) to dokładnie 6 zdań. W tym dwa, jak podejrzewam kluczowe:

„Ciekawe, co by było, gdyby Jezusa przedstawiano z cipką, czyli gdyby był kobietą. Hm, na pewno byłoby zupełnie inaczej.”

Czy byłoby inaczej – tego nie wiem. Jednak czy konserwatyści nie mogliby mieć więcej dystansu do swoich komiksów?

Dobrym punktem odniesienia jest rozmowa z Bartłomiejem Dobroczyńskiem, opublikowana w czwartym dodatku psychologicznym Polityki „Ja My Oni”. Oto interesujące mnie fragmenty:

Wszędzie tam, gdzie Europa pozostawała mocno pod wpływem tradycji, platońskiej i chrześcijańskiej, próbowała poddawać kontroli, wręcz gwałcić te elementy w człowieku, które wiążą się z ciałem, materią. Konieczne były rygor, tresura, kaganiec, a w praktyce przekłada się to na obecność paska w wychowaniu. Mamy za sobą 2 tysiące lat nieufności wobec ciała i emocji. Druga wizja pojawiła się wraz z dziełem Darwina „O pochodzeniu gatunków”. Ta książka zmienia wszystko.

I dalej:

A ciało i emocje były w naszej kulturze potwornie represjonowane. I dziś nie są specjalnie dowartościowane. Problem współczesności nie polega na tym, że emocje są traktowane pozytywnie. Raczej na odkryciu, że można je doskonale wykorzystywać w celach komercyjnych. To samo z ciałem. Kościół przekonuje, że panuje dziś kult ciała. To nieprawda. Ciało jest tak samo znienawidzone jak setki lat temu. Panuje kult wyglądu. Nie ma kultu emocji, ale jest wiedza, że tam gdzie emocje są w akcji, mogę człowieka wykorzystać do swoich celów.

Człowiek  może myśleć o każdej części swego ciała z sympatią. Pytanie, czy coś w tym złego, brzmi wręcz banalnie. A jednak wydawnictwo Jacka Santorskiego wykonuje pracę u podstaw.

Banały o żarciu

Najpierw cytat:

Diety zen nie można przedstawiać w sposób taki, jak wiele innych. Jest ona bowiem nie tylko dietą, ale przede wszystkim sposobem życia, zapoczątkowanym przez buddyjskich mnichów.

Jjjjjej… żarcie osią życia. Zdjęcie ilustrujące artykuł też jest ciekawe:

Mamy tutaj sportowy dres, centymetr do mierzenia obwodów ciała, hantle i zielone jabłko. No i panią siedzącą (dlaczego bez głowy? – czy chodzi o słynne No-mind?) w pozycji, która z zen raczej nie ma nic wspólnego (zdaje sie, że brzuch ma lekko zapadnięty i chyba skrzywioną miednicę, więc nie jest to też Hatha Joga). Same symbole zinfantylizowanego zdrowego trybu życia.

Powiedzmy to wyraźnie – mnisi nie zapoczątkowali żadnego stylu życia. Ten idiotyczny termin, oczko w głowie znudzonych kretynów, świadczy tylko o ślepocie i pragnieniach tych, którzy go używają. Obecnie wielu ludzi marzy, by mieć swój styl. Bardzo mi przykro, ale nie ma to nic wspólnego ani z jakimkolwiek zen, ani szczerym i odpowiedzialnym życiem, mówiąc ogólniej. Dbanie o styl życia jest tylko kolejną odmianą fetyszyzmu.

Dieta zen nie istnieje, styl życia zen nie istnieje. A nawet jeśli – na pewno nie ma nic wspólnego ze zdrowiem, dobrym samopoczuciem, sportem czy reżymem żywieniowym uprawianym za pomocą plastykowych jabłek z supermarketu. Nie mówiąc o pielęgnacji ciała czy odchudzaniu.

Chrześcijańskie hara?

W Tygodniku Powszechnym z 29 XI 2009 na ostatniej stronie Wojciech Bonowicz napisał (cytując Charlesa Taylora): „Agape […] rodzi się w ciele, w trzewiach. Użyte w Nowym Testamencie na określenie >>współczucia<< słowo splangnizesthai wskazuje na jelita jako miejsce, w którym rodzi się to doznanie.”

Agape oznacza miłość. Wg Martina Luthera Kinga (za Wikipedią) „służy zaakcentowaniu jedności ludzkości, jako wspólnoty powiązanej siecią współzależności. (…) Rodzaj ludzki potrzebuje każdej istoty ponieważ dzięki niej może osiągnąć swoją pełnię. Bez znaczących relacji z innymi nie jest możliwe nasze spełnienie jako istoty ludzkiej.”

Hara po japońsku oznacza podbrzusze. Prawidłowa koncentracja na hara – a co za tym idzie – świadomość oddechu (oddychanie głębokie, za pomocą przepony) jest fundamentem zazen (medytacji), wielu sztuk walki czy np. japońskiego łucznictwa.

Nie chcę sugerować banalnych i zbyt prostych analogii. Jednak wiadomość, że chrześcijanie potrafili wskazać na podbrzusze jako „źródło” współczucia jest dla mnie pewnym tropem, który mam nadzieję rozwinąć w kolejnych wpisach. Chodzi mi o ciało jako fundament wszelkiej aktywności człowieka, również aktywności „duchowej” czy religijnej.

Ponieważ Boga traktuję najwyżej jako pewien symbol, odrzucam jego inspirację współczucia jako ślepą uliczkę. Uważam natomiast, że człowiek, kóry nie potrafi dogadać się z własnym ciałem i nie umie wsłuchać się we własne trzewia – będzie miał trudności z okazaniem współczucia.