Mój stosunek do osób wierzących (i wszystkich, w tym i siebie)

Fot: sethoscope @ flickr

Tytuł jaki nadałem temu wpisowi wywołuje we mnie zażenowanie. Zrobiłem to celowo, by zaraz się wytłumaczyć. A mianowicie, chodzi o to, że nie traktuję teistów, czy wierzących w cokolwiek, inaczej niż ateistów. Przynajmniej tak sądzę – takie mam sam o sobie mniemanie. Kategoria „teista / ateista” nie interesuje mnie, gdy poznaję nowych ludzi. Jest głęboko ukryta na dalszym planie, gdy myślę o przyjaciołach i znajomych. Nie lubię, widząc człowieka, mówić sobie „oto wierzący”. Zdarza mi się to czasami, przyznaję. Ale nie lubię tego i sam się przed sobą wstydzę.

Rozumiem to tak samo, jak rozgraniczam chociażby dzieło artysty od jego biografii. Jak dzieło filozofa od jego żywota. To jak zmarł Nietzsche nie ma dla mnie przełożenia na to, jak czytam jego teksty (raczej: czytałem). Moja opinia o Larsie von Trierze nie ma wpływu na to, co sądzę o jego Idiotach.

Usłyszałem kiedyś, że dojrzały chrześcijanin odróżnia grzech od grzesznika. Stąd pewnie tolerancja Kościoła dla dzieł Carravaggia, awanturnika, pijaka i człowieka dość lubieżnego. Przykładów pewnie znalazłoby się więcej.

Więc chciałbym, aby uszczypliwości, jakie zdarza mi się praktykować pod adresem tych czy innych przekonań, nikt nie brał osobiście. Nie są atakiem na czyjekolwiek życie.

Dalej – uważam, że każdy swoje przekonania stwarza sam, z tego co ma akurat pod ręką. Lepi je z wielu uświadomionych ale i nieuświadomionych elementów. Dodajmy do tego zwyczajną ludzką skłonność do pewnej nieciągłości przekonań. Do tego, że są (jesteśmy)  racjonalistami w pracy, a w domu działają irracjonalnie. Że mówiąc o akwarystyce są sceptykami, a przechodząc w dyskusji do futbolu stają się mistykami. W tygodniu stateczni, a od święta podatni na wybuch emocji.

Ludzie żywią wiele przekonań przypadkiem, choć gdyby ich zapytać – będą przekonywać, że to w 100% ich wola i świadomy wybór. Nie doceniają dyskretnych schematów mentalnych, którymi nasiąknęli w dzieciństwie, przez osmozę, a które formatują ich dorosłe przekonania, cały horyzont myślowy.

Więc ulepieni z wielu drobinek myślenia o religii, wierze, duszy etc, nauczeni pojęć takich a nie innych do opisu niuansów ich intymnego przeżywania emocji i świata, pozostają tym przekonaniom wierni. Są przyzwoici, bo wychowano ich na przyzwoitych ludzi – ale powiedzą, że to religia ich takimi zrobiła. Są uczynni, bo uczynności nauczyli się od matki, ale powiedzą, że utrzymuje ich w tym lektura Nowego Testamentu. Nie ma znaczenia, że w Nowym Testamencie jest ledwie parę fragmentów o uczynności, otoczonych morzem nieistotnych z etycznego punktu widzenia opowieści. Dla nich to będą te fragmenty najistotniejsze, z którymi czują się zżyci tak mocno, jak stare drzewo z siatką płotu, przy którym zbyt blisko wyrosło.

Nie chcę być inkwizytorem, i przymuszać ludzi w dyskusji, by przyznawali, że nie do końca wiedzą w co wierzą. Że nie do końca znają kwestie swej wiary.  Czuję, że próbując wyrwać ten wrośnięty płot, odrąbałbym chyba zbyt wiele. Nie wiem czy warto… Sam przecież też  nie wiem wszystkiego i nie jestem tak racjonalny, jakbym chciał. Moje oczekiwania wobec rzeczywistości, mój ateizm, nie są najważniejsze.

Napisałem tę powyższą deklarację, bo czytam ostatnio (niesystematycznie) właśnie Nowy Testament, i zadziwia mnie jak wielką wagę przypisuje się tekstom tam zebranym. Pierwszą moją reakcją była chęć ataku, poczucie mocnego oręża,  jakim ta lektura mnie obdarzyła. Przeszło mi. Nie ma to najmniejszego sensu. Jedyne czego bym sobie życzył, to bardziej krytycznej nauki o Biblii w szkole. I o początkach chrześcijaństwa, bynajmniej nie laurkowych. Ta wiedza powinna być ogólnodostępna, nie zarezerwowana tylko dla studentów historii. Z tej wiedzy uczniowie powinni być sprawdzani. Potem niech każdy robi z nią co chce.

Deklarowane przekonania to jedno, życie to drugie. Życiem człowieka władają emocje. Dlatego warto być wobec innych ludzi wyrozumiałym. Nie następować im na odcisk. Wierzą, że Józefowi jakaś postać we śnie kazała wracać z Egiptu do Palestyny? Spoko. Podniecają ich wyścigi formuły 1, albo motocykli na żużlu? Wszystko to dla mnie jednakowo absurdalne. Trudno. Można z tym żyć.

Na emocjach robi się największe pieniądze, kariery polityczne. Człowiek, który krytycznie przygląda się własnym uwikłaniom emocjonalnym i stara się je ograniczać, skazuje się trochę na opinię dziwaka. Na głupiego grilla nie można go zaprosić, bo zaraz zacznie kręcić nosem, że mięso, że smród, a że w ogóle to czy trzeba tyle jeść… nieżyciowa maruda po prostu.

Więc jedni pójdą na mecze Euro 2012, inni na pielgrzymkę, na Krakowskie Przedmieście, na grilla z piwem. Tłumy Japończyków przewalą się przez salony paczinko, muzułmanie okrążą kamień Kaaby. Moja babcia będzie się za mnie modlić, sąsiad zalewać niemoc w alkoholu. Ktoś będzie się masturbować, ktoś namiętnie i czule kochać, ktoś prostacko dupczyć. Wśród tych wszystkich ludzi są być może moi bliżsi lub dalsi przyjaciele, znajomi.

W radio padają wiadomości o procesie kanonizacyjnym JPII. Ktoś jedzie głośnym motocyklem po ulicy. Pies robi kupę na trawniku. Zaprawdę godne to wszystko i sprawiedliwe. Słuszne i zbawienne. Ale po co od razu o tym pisać?

Reklamy

3 responses to “Mój stosunek do osób wierzących (i wszystkich, w tym i siebie)

  1. By dać świadectwo, że jednak można inaczej?

  2. Odkurzenie tego bloga to prawie jak nekromancja. :)

    • No tak… chciałem nawet napisać coś o tej przerwie. Ale wychodzi z tego ekshibiconizm, a tego chcę uniknąć. Więc póki co – przemilczę :-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s