Bóg nie lubi niepełnosprawnych?

Kpł 21, 17-23

” 17 Tak mów do Aarona: Ktokolwiek z potomków twoich według ich przyszłych pokoleń będzie miał jakąś skazę, nie będzie mógł się zbliżyć, aby ofiarować pokarm swego Boga. 18 Żaden człowiek, który ma skazę, nie może się zbliżać – ani niewidomy, ani chromy, ani mający zniekształconą twarz, ani kaleka, 19 ani ten, który ma złamaną nogę albo rękę, 20 ani garbaty, ani niedorozwinięty, ani ten, kto ma bielmo na oku, ani chory na świerzb, ani okryty liszajami, ani ten, kto ma zgniecione jądra. 21 Żaden z potomków kapłana Aarona, mający jakąś skazę, nie będzie się zbliżał, aby złożyć spalaną ofiarę Panu. On ma skazę – nie będzie się zbliżał, aby ofiarować pokarm swego Boga. 22 Jednakże wolno mu jeść pokarm swego Boga, zarówno święty, jak i najświętszy. 23 Tylko nie będzie podchodził do zasłony i nie będzie się zbliżał do ołtarza, bo ma skazę. Nie będzie bezcześcił moich świętości, bo Ja, Pan, jestem tym, który je uświęca! ”

Niewidomy swoją obecnością bezcześci ołtarz. Spoko. Piję twoje zdrowie, Boże. Tylko nie potknij się i nie wybij zębów, jak będziesz wychodził. Na schodach jest ciemno.

Referral fun

tatuaze jezusa z szatanem
przyciaganie metalowych rzeczy, czlowiek
pomysł na stolik nocny
czerwona skrzynia z narzędziami

tatuaz volkswagen
człowiek magnes
gdzie znaleźć dżdżownice
jakie sa szanse aby zaistniec w branzy porno
jabłko z centymetrem

nie+pruderia
cipka jezus sex porno film
bi pornozero

hitler z reka do gory
przyciagałyżeczki
pytaja kaktus
kozy hitlera z ale oco chodzi

co ludzi i spraje żeby walczyć z krzyżem
dziewczyna ma kutasa a chłopak pizde dziewne

Ewangelizacja: shock and awe

„Jezus umarł za Czechy”
„Jezus kocha Polskę”
„Rosja należy do Boga”
„Pan Bóg kocha Grecję”
Takie subtelne transparenty (w narodowych językach) chce rozwiesić przed oczami kibiców archidiecezja wrocławska i Centrum Kultury im. Jana Pawła II.

Zbigniew Czendlik, polski ksiądz pracujący w Czechach, tak odpowiada na pytanie o tę akcję:

Marta Gołębiowska: W założeniu akcja ta ma zbliżać Polaków i Czechów. Tak przynajmniej twierdzą jej organizatorzy.

Ks. Czendlik: – Są w błędzie. Przede wszystkim pokazują, że nie znają swoich sąsiadów. To, że Czesi nie identyfikują się ściśle z żadną konkretną religią, nie oznacza, że nie są wierzący. Wierzą w Boga, a nie w instytucję, jaką jest Kościół. Plakaty i transparenty, o których pani mówi, będą natomiast sugerować, że Czesi to ateiści, których trzeba przy każdej okazji nawracać. A to krzywdząca, niesprawiedliwa opinia. Ktoś może się nawet obrazić. W moim odczuciu Czesi są bardziej uduchowieni niż Polacy, głębiej przeżywają swoją wiarę.

(podkreślenie moje)

Nie jestem kibicem, ani Czechem. Ale na pewno nie życzę sobie, by ktokolwiek za mnie umierał. Żeby ktokolwiek epatował takim szantażem emocjonalnym. Poziom tych sloganów jest żenujący, i pokazuje brak umiejętności nawiązywania kontaktu z innym człowiekiem, takim jaki on jest. Polski misjonarz nawiązuje kontakt jedynie z tymi, którzy chcą, by inny za nich umierał, w dodatku na krzyżu. A co z resztą?

Jaką ofertę religijną ma Kościół dla tych ludzi, dla których retoryka „odkupienia przez śmierć” jest obca, lub wręcz oburzająca?

Odpowiedź brzmi – żadną. Kościół tych ludzi nie rozumie. I odmiawia im prawa do wiary, do religijności. Kościół chce gadać, nie chce słuchać.  Jaki jest związek takiej gadki (umarł za…, kocha twój kraj…, świat należy do niego) z moim życiem? Żaden. Brzmi absurdalnie, patetycznie i arogancko.

Nie można za nikogo umrzeć – to niczego nie załatwia (ciekawe, co o umieraniu za Czechy mówi Nowy Testament).  Nie można kochać narodu ani państwa – brzmi to conajmniej infantylnie. Chcecie kogoś „nawrócić” (co za słowo) na swoja bajkę – pokażcie mu, że rozumiecie jego życie.

Krasnal ogrodowy

W tym sezonie polecamy. Z halogenem zasilanym bateryjką słoneczną.

Mój stosunek do osób wierzących (i wszystkich, w tym i siebie)

Fot: sethoscope @ flickr

Tytuł jaki nadałem temu wpisowi wywołuje we mnie zażenowanie. Zrobiłem to celowo, by zaraz się wytłumaczyć. A mianowicie, chodzi o to, że nie traktuję teistów, czy wierzących w cokolwiek, inaczej niż ateistów. Przynajmniej tak sądzę – takie mam sam o sobie mniemanie. Kategoria „teista / ateista” nie interesuje mnie, gdy poznaję nowych ludzi. Jest głęboko ukryta na dalszym planie, gdy myślę o przyjaciołach i znajomych. Nie lubię, widząc człowieka, mówić sobie „oto wierzący”. Zdarza mi się to czasami, przyznaję. Ale nie lubię tego i sam się przed sobą wstydzę.

Rozumiem to tak samo, jak rozgraniczam chociażby dzieło artysty od jego biografii. Jak dzieło filozofa od jego żywota. To jak zmarł Nietzsche nie ma dla mnie przełożenia na to, jak czytam jego teksty (raczej: czytałem). Moja opinia o Larsie von Trierze nie ma wpływu na to, co sądzę o jego Idiotach.

Usłyszałem kiedyś, że dojrzały chrześcijanin odróżnia grzech od grzesznika. Stąd pewnie tolerancja Kościoła dla dzieł Carravaggia, awanturnika, pijaka i człowieka dość lubieżnego. Przykładów pewnie znalazłoby się więcej.

Więc chciałbym, aby uszczypliwości, jakie zdarza mi się praktykować pod adresem tych czy innych przekonań, nikt nie brał osobiście. Nie są atakiem na czyjekolwiek życie.

Dalej – uważam, że każdy swoje przekonania stwarza sam, z tego co ma akurat pod ręką. Lepi je z wielu uświadomionych ale i nieuświadomionych elementów. Dodajmy do tego zwyczajną ludzką skłonność do pewnej nieciągłości przekonań. Do tego, że są (jesteśmy)  racjonalistami w pracy, a w domu działają irracjonalnie. Że mówiąc o akwarystyce są sceptykami, a przechodząc w dyskusji do futbolu stają się mistykami. W tygodniu stateczni, a od święta podatni na wybuch emocji.

Ludzie żywią wiele przekonań przypadkiem, choć gdyby ich zapytać – będą przekonywać, że to w 100% ich wola i świadomy wybór. Nie doceniają dyskretnych schematów mentalnych, którymi nasiąknęli w dzieciństwie, przez osmozę, a które formatują ich dorosłe przekonania, cały horyzont myślowy.

Więc ulepieni z wielu drobinek myślenia o religii, wierze, duszy etc, nauczeni pojęć takich a nie innych do opisu niuansów ich intymnego przeżywania emocji i świata, pozostają tym przekonaniom wierni. Są przyzwoici, bo wychowano ich na przyzwoitych ludzi – ale powiedzą, że to religia ich takimi zrobiła. Są uczynni, bo uczynności nauczyli się od matki, ale powiedzą, że utrzymuje ich w tym lektura Nowego Testamentu. Nie ma znaczenia, że w Nowym Testamencie jest ledwie parę fragmentów o uczynności, otoczonych morzem nieistotnych z etycznego punktu widzenia opowieści. Dla nich to będą te fragmenty najistotniejsze, z którymi czują się zżyci tak mocno, jak stare drzewo z siatką płotu, przy którym zbyt blisko wyrosło.

Nie chcę być inkwizytorem, i przymuszać ludzi w dyskusji, by przyznawali, że nie do końca wiedzą w co wierzą. Że nie do końca znają kwestie swej wiary.  Czuję, że próbując wyrwać ten wrośnięty płot, odrąbałbym chyba zbyt wiele. Nie wiem czy warto… Sam przecież też  nie wiem wszystkiego i nie jestem tak racjonalny, jakbym chciał. Moje oczekiwania wobec rzeczywistości, mój ateizm, nie są najważniejsze.

Napisałem tę powyższą deklarację, bo czytam ostatnio (niesystematycznie) właśnie Nowy Testament, i zadziwia mnie jak wielką wagę przypisuje się tekstom tam zebranym. Pierwszą moją reakcją była chęć ataku, poczucie mocnego oręża,  jakim ta lektura mnie obdarzyła. Przeszło mi. Nie ma to najmniejszego sensu. Jedyne czego bym sobie życzył, to bardziej krytycznej nauki o Biblii w szkole. I o początkach chrześcijaństwa, bynajmniej nie laurkowych. Ta wiedza powinna być ogólnodostępna, nie zarezerwowana tylko dla studentów historii. Z tej wiedzy uczniowie powinni być sprawdzani. Potem niech każdy robi z nią co chce.

Deklarowane przekonania to jedno, życie to drugie. Życiem człowieka władają emocje. Dlatego warto być wobec innych ludzi wyrozumiałym. Nie następować im na odcisk. Wierzą, że Józefowi jakaś postać we śnie kazała wracać z Egiptu do Palestyny? Spoko. Podniecają ich wyścigi formuły 1, albo motocykli na żużlu? Wszystko to dla mnie jednakowo absurdalne. Trudno. Można z tym żyć.

Na emocjach robi się największe pieniądze, kariery polityczne. Człowiek, który krytycznie przygląda się własnym uwikłaniom emocjonalnym i stara się je ograniczać, skazuje się trochę na opinię dziwaka. Na głupiego grilla nie można go zaprosić, bo zaraz zacznie kręcić nosem, że mięso, że smród, a że w ogóle to czy trzeba tyle jeść… nieżyciowa maruda po prostu.

Więc jedni pójdą na mecze Euro 2012, inni na pielgrzymkę, na Krakowskie Przedmieście, na grilla z piwem. Tłumy Japończyków przewalą się przez salony paczinko, muzułmanie okrążą kamień Kaaby. Moja babcia będzie się za mnie modlić, sąsiad zalewać niemoc w alkoholu. Ktoś będzie się masturbować, ktoś namiętnie i czule kochać, ktoś prostacko dupczyć. Wśród tych wszystkich ludzi są być może moi bliżsi lub dalsi przyjaciele, znajomi.

W radio padają wiadomości o procesie kanonizacyjnym JPII. Ktoś jedzie głośnym motocyklem po ulicy. Pies robi kupę na trawniku. Zaprawdę godne to wszystko i sprawiedliwe. Słuszne i zbawienne. Ale po co od razu o tym pisać?

Pasja przemocy

Kiedy świat dowiedział się, że Andreas Breivik istnieje, publicyści polskiej prawicy wylali morze atramentu, by nam pokazać, że on z prawicą (a z nim prawica) nie ma nic wspólego.

Wybrałem się na sieciowy spacer po witrynach i zebrałem trochę wyśmienitych obrazków, które pokazują głęboką niechęć brunatnych do używania przemocy:

This slideshow requires JavaScript.

Zmieniaj rzeczywistość za pomocą broni palnej,wsłuchaj się w kanonadę narodowego romantyzmu, walka trwa!.

325 triathlonów siostry Madonny

Triathlon, czyli trójbój, to zestaw trzech odcinków, pokonywanych wpław, rowerem, a na końcu biegiem. Konkurencję tę rozgrywa się na różnych dystansach. Np. podczas olimpiady zestaw to 1,5 /40 /10 km. Tzw. Ironman triathlon to odpowiednio 3,9 /180 / 42 km, z limitem czasu 17 godzin.  Madonna Buder, katolicka zakonnica, zaczęła trenować w wieku 48 lat. Urodzona w 1930 r., ma obecnie na koncie 325 triathlonów, w tym 36 klasy Ironman.

Siostra Madonna należy do zgromadzenia „Sisters for Christian Community”, organizacji założonej po II Soborze Watykańskim. Artykuł w Time tak streszcza jej ogólne założenia:

The S.F.C.C. has no mother general, much less a mother house, since it owns no real estate. Each sister makes a home for herself, sometimes shared with one or two other members, finds her own job and pays her own taxes. Each writes a private commitment to Christ instead of taking formal vows. None is required to wear a habit or any other religious symbol. Many, however, (…) wear crucifixes or other emblems of the profession.

The Sister Fund, portal, którego ambicje wyraża motto „Women Transforming Faith – Faith Transforming Feminism…”, pisze:

Sisters for Christian Community–a self-governing, independent group not subject to Vatican oversight, but recognized by the Vatican as an alternate form of Catholic sisterhood.

Cytat pochodzi z artykułu „Nuns on the run: Why is the Pope targeting women?„, opisującego mocną reakcję Watykanu na inicjatywy podejmowane przez niektóre zbyt niezależne zakonnice amerykańskie. Jak każda biurokracja, poświęca on sporą część swoich wysiłków na utrzymanie status quo sfery wpływów i ochronę fasadowego wizerunku.

Using the same procedure it so belatedly imposed on priests who sexually assaulted children, the Vatican is investigating nuns who supported social justice.

Można powiedzieć, że analogiczną reakcję wywołał swego czasu ruch książy robotników (głownie we Francji), którzy poszli pracować w zakładach przemysłowych, żeby być bliżej ludzi. Konsternację Watykanu wywołały choćby przypadki wstępowania tych kapłanów do komunistycznych związków zawodowych. Tak tamtą sytuację kwituje ks. Andrzej Przybylski:

Okazało się, że w wielu przypadkach to nie księża przemieniali robotników, ale robotnicy zmieniali księży. (…) Nie uważam, że najlepszym lekarstwem na ewentualne lenistwo kapłanów jest posłanie nas do świeckiej pracy.

W tym poglądzie wyraża się strach organizacji – tracimy wpływ na ludzi, ludzie zyskują wpływ na nas. No i musielibyśmy zmienić styl życia.

S.F.C.C. nie jest jedyną organizacją, która poszukuje nowej formuły dla życia zakonnego (o ile zakon jest tu dobrym określeniem). Artykuł w Time wspomina o Siostrach Loretto:

Loretto nuns have broadened their definition of community to include men and married couples as well as non-Catholics. But since the Lorettos are still under the authority of Rome, these lay people, called „co-members,” take no vows and thus are not officially part of the congregation. The sisters no longer make vows of poverty, chastity and obedience in the old formula, but write their own expressions of dedication, which retain the essence of all three vows. „Poverty,” says Sister Luke, „should mean detachment, not dependence. Obedience should be to the needs of people, and to the community, not just to superiors.

Samodzielność w sprawach ubioru, w podejmowaniu decyzji, elastyczność w dobieraniu metod pracy (Madonna Buder dedykuje swoje starty w zawodach konkretnym celom charytatywnym, na które zbiera pieniądze) wykraczają poza stereotypowy obraz katolickiej zakonnicy, szczególnie w Polsce. Jednak wachlarz zjawisk religijnych w Stanach jest znacznie szerszy, niż to do czego jesteśmy przyzwyczajeni w naszej okolicy, zdominowanej przez wojtylianizm i katolicyzm narodowy. Amerykanka Margaret Traxler kwestionowała monolityczne stanowisko Watykanu w sprawie aborcji (cyt. za Wikipedią):

In 1984 Traxler was one of 24 nuns who signed their names to a New York Times advertisement stating that there was more than one Catholic position on abortion. Traxler upheld the church’s teaching opposing abortion, but believed each woman had a right to make the choice for herself.

Brzmi rewolucyjnie? Może dlatego, że nie jesteśmy przyzwyczajeni do brania odpowiedzialności we własne ręce i za swoje czyny i wybory (szczególnie w sprawach zachaczających o religię). A to oznacza, że nie atakuje się innych ludzi dogmatami, tylko daje im mozliwość samodzielnego podejmowania decyzji, nawet jeśli my te decyzje uważamy za błędne. Podczas gdy Tomasz Terlikowski uprawia scholastyczną statystykę i notuje pilnie, ile zarodków ginie podczas zapłodnienia in vitro, niektóre amerykańskie zakonnice bez kompleksów zrzucają habity i wchodzą między ludzi i ich codzienność.

Religia, która zanurza się w życiu, sprywatyzowane sposoby wyrażania religijności to koszmar dogmatyków. Zakonnica w stroju sportowym, która obejmuje się z topless facetem to czkawka dla bigotów.  Kobieta, która sama pracuje na swoje utrzymanie, trenuje swoje ciało i podejmuje fizyczne wyzwania jest dla mnie znacznie bardziej wiarygodna od biskupa, który nie znajduje pół godziny, by pozamiatać chodnik przed swoim domem. Nie wiem w co dokładnie wierzy Madonna Buder. Może mieć inne niż ja poglądy na temat Myszki Miki czy wniebowstąpnia – nie ma to wielkiego znaczenia. Przekonuje mnie jej postawa.

Madonna Buder (w wieku 77 lat) na starcie triathlonu